Parnassus (2009) – diabelskie cyrkowe sztuczki

indeks

Miło jeśli twórca filmowy ma swoją wizję, swój świat i przez całość kariery dąży do zrealizowania, przelania na taśmę filmową zapisu swych umysłowych wrażeń. Takowe wpuszczenie do świata fantazyji zrodzonej w pokrętnym umyśle, i to jak pokrętnym iż dopuszczonym do jednej z najcudowniejszych grup jakie powstały w historii ludzkości – Monty Python. A chodzi mi oczywiście o specyficzny świat, jaki zrodził się w umyśle Terry’ego Gilliama. Twórca ten miesza abstrakcję, kicz, tandetę, baśnie, ze specyficznym poczuciem humoru (nie tak bezbożnym jak wspomnianej już grupy) oraz delikatnym muśnięciem mroku. Reżyser ów wyreżyserował takie perełki jak „Jabberwocky”, „Brazil”, „Fisher King”, „12 małp”. Jednak na swym koncie posiada także upadki i to dość znaczące. Nie udało mu się z „Nieustraszeni bracia Grimm”, gdzie wymiąchanie znanych baśni z cudaczną historią twórców tych bajek, powstała efektowna wtopa. Także w „Las Vegas Parano” nie do końca udało mu się ogarnąć na ekranie wizje powstające w wyobraźni, zbyt wielkie skupienie się na efektowności narkotykowych wizji uniemożliwiły powstanie pointy, esencji, która w dużo jednak lepszy narkotykowym dziele „Trainspotting” wyklarowała się i była dużo bardziej przejrzysta dla widza. I w takich oto okolicznościach przyrody można było spodziewać się wszystkiego, od wtopy po genialne dzieło. I dzięki takim oczekiwaniom, znaczy się braku jakichkolwiek na spokojnie obejrzałem sobie „Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła”, znaczy na spokojnie by było, gdyby nie grupka tinejdżerów lubująca się w braku ciszy dłużej niż 3 minuty z wielce inteligentnymi komentarzami, za które z tego miejsca im dziękuję.

Wymieniony w tytule doktor Parnassus przewodzi iście cyrkowej grupce wystawiającej dość niecodzienne przedstawienia. Potrafi za pomocą „lustra” wprowadzić ludzi w świat marzeń. Lecz czasy nie sprzyjają interesowi objazdowych grup. Dziś różne cuda każdy ma okazję obejrzeć na ekranie telewizora lub monitora swego komputera, a nawet na tabletach czy smartfonach. Wieki temu zaprzedał się diabłu by móc żyć wiecznie. Za cenę życia swego dziecka, córki którą w dniu jej 16-tych urodzin będzie musiał przekazać szatanowi. I tu pojawiają się dodatkowe przeszkody. Towarzysze doktora, czyli karzeł Percy, młody aktor Anton oraz oczywiście córka Valentina ratują nieznajomego osobnika o imieniu Tony od niechybnej śmierci na stryczku.

Ten film powstawał w prawdziwych bólach. Śmierć Heatha Ledgera podczas produkcji… to był cios, który mógł pogrążyć ten film. Jednak Gilliam w związku z tym wydarzeniem odświeżył scenariusz i można było kontynuować realizację bez usuwania z filmu nagranych już scen z nieżyjącym już aktorem. Wymyślił coś przewrotnego, że zatrudni kilku znanych aktorów, którzy będą pojawiać się jako kolejne wcielenia tej postaci. Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell stali się dokończeniem roli Heatha Ledgera. Zgrabnie zostało to wykombinowane i wpasowane. Ci trzej amigos pojawiają się jako aler-ego imć Heatha w świecie wyobraźni – wszakże każdy ma prawo inaczej widzieć tą samą osobę. Takowa improwizacja wpłynęła dość dobrze na całość nawet pomimo tego, iż jeden z zastępców (Jude Law) był tutaj bardzo drętwy. Zabieg ów uratował film, ale i nadał dodatkowych walorów. Ale czyż wielkie dzieła nie powstawały w bólach?

Na pierwszy rzut oka wiele osób może stwierdzić, że to film nie tylko o niczym, ale i nudny. Z takowym opiniami już się spotkałem baraszkując tu i ówdzie w necie. Jednak słuchając narzekaczy można się tylko utwierdzić w przekonaniu, iż niektóre z filmów Gilliama odbiera się dość ciężko. Zapewne do wielu wniosków uda się dojść po kolejnym seansie. Cóż jedni wolą filmy z efektownymi efektami 3D z fabułą robioną pod 5-latków inni wolą, aby efekty specjalne służyły czemuś więcej niż tylko pokazaniu aktualnych możliwości filmowych. W „Parnassusie” mamy do czynienia właśnie z tą drugą opcją. Fabuła w wielu momentach dość chaotyczna, jednak trzyma się pewnej wymyślonej drogi. Oglądamy nie tyle wzloty i upadki doktora i jego trupy, ale pojedynek pomiędzy człowiekiem i diabłem. Lecz jeśli przeprowadza się zmagania hazardowe przez setki lat trudno nie zbliżyć się, a nawet zaprzyjaźnić z przeciwnikiem. Kilka scen zdecydowanie do tego nawiązuje. Idąc dalej wizje, jakie oglądamy wchodząc w świat marzeń ludzi biorących udział w przedstawieniach to nie tylko efektowna wizualizacja pragnień (te wszelkie doczesne bajery typu jajko faberge, aż po wizualizację ojczyzny – mamuśka, szaleństwa ambicji – drabiny), ale i ciekawe spostrzeżenia utrzymane w bajkowej konwencji. Wizualnie najbliżej temu filmowi do wcześniejszych dzieł Gilliama takich jak „Przygody barona Munchausena” i „Bandyci czasu”. Tak samo koloraśnie, utrzymane w stylu bajkowym i wymieszane ze specyficznym poczuciem humoru. Jednak najnowszy film jest dużo poważniejszy, pomimo tej niepoważnej formy. Wielokrotnie reżyser puszcza do widza oko przedstawiając tańczących policjantów, rosyjską mamuśkę, „magiczną” piszczałkę, „magiczne” lustro, znaki na czole Tony’ego, góra z gigantycznymi schodami, karzełek czy „szczytujące” po wizji bogate panie. Tych tchnięć było dużo więcej, jednak ma pamięć już nie ta, a i wymienienie większej ilości zakrawałoby na jakieś pedantyczne rozkładanie filmu na czynniki pierwsze, a do tego brak mi podstaw naukowych jak i chęci męczenia się z interpretacjami tego filmu.

Znamiennym dla tego reżysera jest mieszanie wydawałoby się substancji, które nie tylko w świecie filmowym raczej do siebie nie pasują. Kicz i tandeta wrzucane w jeden worek z wizjami będącymi odjechanymi zabawami balansującymi na pograniczu jawy i snu to niecodzienna kombinacja. Trudno zrobić coś sensownego z takiego połączenia. Nie mówiąc już o umieszczeniu całości na terenie istnego pograniczna w ogniu – realności z bajkami zrodzonymi w chorym umyśle. Strona wizualna każdego z filmów Gilliama to bardzo ważna część całego przedstawienia. Komputerowe efekty pomagają w przerzuceniu z nieograniczonego świata wizji na ekrany kinowe, bez utraty na jakości. Niektóre z obrazów były dla mnie zbyt cukierkowe, jednak umotywowane fabularne, przez co przymknąłem na nie oko.

Zaintrygowała mnie rola Toma Waitsa jako diabła. Ten przedstawiciel zła skojarzył mi się z tym swojskim polskim diablęciem, imć Borutą, takim rodzimym złem, złem ugładzonym. Niby diabeł, jednak dość sympatyczny oraz posiadający ludzkie przypadłości – tym razem jest to ciągotka do hazardu. Od wieków zakłada się z doktorem Parnassusem i widać, że potrafi przyjąć do swej świadomości nawet przegraną, byleby zabawa toczyła się nadal, aż po kres dziejów wszelakich. Troszkę żałuję, że tak mało było tej charyzmatycznej postaci świata (przede wszystkim) muzyki. Można było bardziej rozbudować tą postać, ale i to było dobre. Z drugiej strony zastanawiam się, czy aby Gilliam nie podpieprzył na stałe Toma innemu znanemu reżyserowi Jimowi Jarmuschowi.

Jak dla mnie seans zdecydowanie udany. Wkraczanie w tak odjechane światy cudzej wyobraźni to stąpanie po grząskim gruncie, gdzie łatwo postawić nieostrożnie stopę w miejscu, które wciąga. Tak bywa (a szkoda, że nie w każdym z dzieł) z twórczością Gilliama. Dałem się wciągnąć w bajkowy świat, magię kinowego ekranu i przez czas trwania filmu powierzyłem swe postrzeganie rzeczywistości twórcom Parnassusa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s