Song to song (2017) – okłammy się

song to song

Song to song. Na szybko i krótko – o emocjach i uczuciach. A teraz dla reszty. Film, w którym takiej liniowej a nawet tarantullowej fabuły brak. Jest to bardziej zbitek scen, gdzie bardzo często z offu słyszymy przemyślenia osoby, która teraz jest na piedestale momentu. Ogromna ilość o emocjach i uczuciach… więc panowie… większość z Nas wymięknie, albo zaśnie… choć mogę obiecać, że w drugiej połowie filmu będą cycki.

Podzielone jakby na kawałki fabularnie, gdzie a to kobieta jest podmiotem lirycznym, a to mężczyzna. I wtedy wczuwamy się w to o co komu kaman i leży na sercu czy duszy. Dążenia niby podobne – być, działać, móc. Jednak kroki ku temu tak różne. Widzimy jak młode atrakcyjne (albo i nie) kobiety skracają sobie życiową drogę… by mieć to co chcą tu i teraz, a nie kiedyś w przyszłości (ale bez pewnika, a z mnogością pytajnika) mieć. I do tego przydają się panowie, którzy mają „wszystko”. Co rodzi pewien dysonans bo ona by go chciała na wyłączność… ale skoro on może mieć wszystko to i wszystkie. Albo on chce tylko ją, ale ona ma jeszcze inne „zobowiązania”.

Jest też tu tfu… miłość, ale nie to gówno które opowiadają Ci „zakochani”, ale pomimo, że to tylko kreacja filmowa, kłamstwo to, to jednak bardzo życiowy mocny staff. Gdzie jak się coś spierdoli dopiero dostrzega się, że to było to, albo walczy się z tym bo nie chciało się być zależnym od niezależnych od Nas sercowych napadów. Życiowo wszystko się pierdoli i nawet najcudowniejsze chwile mają swoją cenę, której nie da się spłacić w systemie ratalnym. Tu jest płać, albo giń młodafoka.

Czuć też mocno ten syndrom naszych czasów. Ten syndrom wiecznej szczęśliwości, że musisz to osiągnąć, musisz to mieć. Tak bardzo, że ludzie są skłonni okłamywać się i udawać szczęście byleby mieć poczucie, że jest się w tej bajce ludzi szczęśliwych, że złapało się pana boga za fiuta i dyktuje się warunki. Ale nic z tego koleżanko, kolego. Szczęście w nieszczęściu da się dojść do niego (szczęścia) nawet drogą kłamcy, nawet drogą kłamcy oszukującego samego siebie. Bo jak nie każda droga prowadzi do Rzymu, tak każda dokądś zmierza choćby donikąd, ale to i tak jest gdzieś.

Szczęście za wszelką cenę, cena wolności i że wolnym tak naprawdę nikt nie jest, że miłość jest jak sraczka trafia się z naniemacka i jak ona potrafi powrócić brudząc Nam spodnie w centrum czasu i miejsca, gdzie zupełnie nie byłoby to wskazane. Doszukiwanie się sensu w emocjonalnych akcjach kobiet nie ma sensu… tylko sprawia ból egzystencjalny, że mogła mieć to co chciała, ale temu kogo chciała tego nie powiedziała bo mogła a się bała, bo mogła a nie chciała, bo mogła…

W sumie dość dołujący film choć żaden mega hej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s