Valerian i miasto tysiąca planet (2017) – kotek po walerianie

valerian i miasto tysiąca planet

Valerian i miasto tysiąca planet. Tiaaa kolejna ekranizacja komiksu sf… tiaaaa, kolejny film wypierdzielony w kosmos efektami komputerowymi… tiaaaa, efektowna obsada… tiaaa, Luc Besson… Luck Besson? Fak dis szit i tak bym poszedł.

Streszczając, kto zna komiks obejrzy, kto nie… też zapewne bo reklamują jako mega oczojebne widowisko Tak czy inaczej Valerian to tytułowy agent rządowy, rządu ludzkiego ofkors, bo w tym uniwersum innych inteligentnych istot jest jak polityków przy korycie… tysiące znane i miliony nieznane. Komiks pochodzi z lat 60-tych i współczesne przełożenie na świat kina sprawia, że od razu czujemy się jak w filmie bazującym tylko na tych melodiach, które znamy. Wiele statków kosmicznych, obcyh ras, światów wygląda jakbyśmy już to gdzieś widzieli… cóż. Komiks był przed „Gwiezdnymi Wojnami” czy bliższym czasowo „Avatarem”, więc chcąc nie chcą zapożyczenia były.

Ów komiks miałem przyjemność wieki temu czytać, całkiem spoko, ale jak każda „saga” zagramaniczna… nie było to wtedy na moją kieszeń, więc to było tylko liźniecie cuksa, bo na schrupanie trzeba było mieć grubą kasę 😉 I oto pojawiło się widowiskowanie dzięki Lucowi! Troszkę reklamy mnie irytowały w kinie… pokazywano to jako debilną rozpierduchę, a to aż tak płytkie być nie miało patrząc na komiksowy pierwowzór. I na szczęście aż takie nie było.

Podstawowa rzecz jaka mną jebła po patrzałkach, że aż mi się skóra z pięt upłynniła… dobór pary głównych bohaterów… oni wyglądają jak państwo Terlikowscy – czyli jak brat i siostra. Do tego Cara Delevingne (dzięki za pomoc wujka gógiela w rozpoznaniu jej imienia) ma tu taki strasznie irytujący wyraz twarzy… i te brwi… aż mam ochotę je jej przefarbować. A Dane DeHaan jakoś nie do końca mi leżał do tej roli… choć po seansie już nie jestem taki sceptyczny, nie był tak zły jak zakładałem. Znaczy był mocno drewniany i jak na postać, która w komiksie miała kochones, była luzakiem i lubiła dziewczynki jak i swoją robotę agenta to jakoś tak… nie pasuje. Do tego postacie grane przez wspomniany duet winny mieć się ku sobie, a tu zupełnie nie czuć żadnej chemii, no może jakieś chemikalia w kinie do wywabiania plam po koli z foteli.

Ostrzeżenie, jeśli uważasz komiksy za gówno dla dzieci, a sajens fikszyn za badziew… pierdolnij się pustym nocnikiem w kolano, zawyj do księżyca i nie idź na to do kina, nie wypożyczaj na dvd czy tam blureju (o ile jeszcze ktoś cokolwiek, gdziekolwiek wypożycza), bo jeszcze stwierdzisz, że efekciarstwo wizualne ci się spodoba. Nie sondzem (pisownia zmierzona), że przekona cię to do sf i komiksu, bo jednak dość banalne to jest. A może właśnie tego ci poczeba. Bo od strony wizualnej faktycznie jest konkretnie, jest rozmach, jest pierdolnięcie, jest gruba kasa.

Tak czy inaczej… troszkę tu się pewne niuanse, o które chodziło w komiksie rozmywają poprzez zbyt wiele wizualnego roztrzepania dla wzroku. Stworzono nowe gatunki, ekosystemy i bytowania i dzieje się. Wali rozpierducha, obcy, niuanse polityczne, zdrada, lojalność, sex drags end rakendrol and pis of love (ów pis to nie te polityczne kundle, nie pis od pokoju w sensie braku wojny, ale pis jako kawałek). Czyli mamy wszystko by zrobić kasowego hita. A Luc się na tym zna może nie jak Michael Bay… ale

W sumie poza ckliwym momentem końcówkowym i paroma akcjami, gdzie dzieje się wszystko by główne postacie zrobiły co mają zrobić i nie masz wątpliwości czy się to uda to jest on do obejrzenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s