Avatar (2009) – dajmy efekty, udajmy że nie ściągamy fabuły

avatar

Zanim miałem okazję napocząć „Avatara” w kinie wielokrotnie byłem bombardowany ze wszystkich stron informacjami o tym filmie. A tego sarenki nie lubią. Sam Cameron rzucał na lewo i prawo jak wielce przełomowym krokiem w ewolucji kina będzie ten film szczególnie w technologii 3D – więc poszedłem na 2D, bo dla mnie kino to przede wszystkim płaski obraz rzutowany na jasną powierzchnię ekranu. I jakoś dobrze mi z tym, a 3D to traktuję jako ciekawostkę i głowa mnie po nich boli. Nakręcono komercyjną spiralkę, która wyciśnie z domowych budżetów każdą wolną (lub nie) złotówkę, dolara, jena, funta czy inszą walutę nawet w dobie kryzysu. W całym tym, jakże przeze mnie nielubianym zamęcie zachęciło mnie to, iż Cameron powrócił na łono szeroko pojętej fantastyki, która to dziedzina szczególnie w literaturze jest mi bardzo bliska.

Hen, hen daleko w kosmosie, w bliżej nie określonym miejscu i czasie (wiadomo tylko, że w przyszłości) znajduje się planeta Pandora. Nasi kochani Ziemianie odkryli na niej złoża jakiegoś minerału/skały czy czegoś tam, ważne że cholernie drogiego. I jak to na Amerykańców przystało w momencie, gdy pojawia się wartościowe złoże pojawiają się niczym dżin z butelki. Nikt się ich nie spodziewa, a ci robią swoje (nabijają kabzę często mydląc oczy niedowiarkom jakimiś szczytnymi pierdami) i zwijają manele szukając kolejnego źródła podkręcania PKB i nasycania chędożonego wolnego rynku. Na Pandorę trafia uszkodzony marine – brak władzy w kończynach dolnych. A trafia tylko dlatego, iż jego brat mózgowiec był zapisany na tę misję. W zastępstwie przystępuje do akcji na Pandorze. Wydaję się głupota by niepełnosprawnego marine puszczać do pohasania na niebezpieczną planetę, o której siakiś sierżant czy inszy szarżą wojskowy chłystek mówi jako o piekle. Ale spokojnie, ma za zadanie w jakiś tam bliżej nie sprecyzowany (na szczęście, bo pseudonaukowego bełkotu, ala „W stronę słońca” czy „Jądro Ziemi” bym nie zniósł i wybuchłbym absurdalnym atakiem śmiechu) sposób sterować wyhodowanym pół tubylcem, pół człekiem. A zapomniałem wspomnieć o najważniejszym, na Pandorze są oczywiście tubylce, oczywiście obcy tubylcy, oczywiście nie chcą ot tak oddać swej ziemi, tej ziemi pod kopalnie odkrywkowe, oczywiście ludzie się starają kupić za koraliki i lusterka, oczywiście obcy tubylcy się nie dają, oczywiście akcja idzie dalej. I tak oto ów marine w avatarze (tubylcu przewyższającym ludzi dość znacznie wzrostem, siłą, sprawnością itd.) wyrusza w dżungli świat. Podczas jeden z misji badawczych – oczywiście został przydzielony dzielnej pani naukowiec i jej pomagierowi, dzielnemu, pierdołowatemu mózgowcowi.

W sumie dalsze opowiadanie o fabule może jedynie zabić smaka, bo tak naprawdę to fabuła jest zdecydowanie najgorszym fragmentem tego filmu. Każdy, kto co nieco oglądał, a już nie daj boże co nieco (szczególnie z fantastyki) poczytał poczuje mega ogromnego odgrzewańca podanego w nowej, błyszczącej oprawie. Przede wszystkim jest to ogromna zżynka z „Pocahontas”, poszukaj na jutubie znajdziesz nawet porównawczy filmik, pokazujący, że nawet sceny i ujęcia są podobne. Nie trzeba wielkiego intelektualnego wysiłku by zauważyć także, duże punkty wspólne choćby do „Solaris” Lema (o tym aby nie spoilerować rozwodził się akurat nie będę). A reszta to usadowiona w kosmicznych, fantastycznych realiach opowieść uniwersalna o dobrych tubylcach walczących o swoją ziemię, a białych najeźdźcach. Pod tym względem Cameron pięknie stworzył opowieść uniwersalną – tocz to równie dobrze można by wpasować w czasy około 1270 roku w Szkocji, czy czasy podboju obu Ameryk, czy ujarzmianie przez białasów Czarnego Lądu, czy nawet w którykolwiek okres historyczny naszego szalonego państwa (scena ataku Na’vi na marines to istny atak polskiej kawalerii z szabelkami na opancerzone czołgi wermachtu). Dołożył do tego wszędobylski i tak dobrze zjednujący kobiece serca motyw miłosny (szczyt szczytów w tym niecnym działaniu osiągnął w „Titanicu”) przełamującego swe zło białasa i pięknej, acz nieokiełznanej i wolnej tuziemki. Motyw ten jednocześnie jest wszędobylskim dylematem związków z różnych klas/kast/ras/nacji/narodów. Nie wolno zapomnieć także o jakże dobrze sprzedającej się ostatnio ekologii. Nie cierpię tego słowa, gdyż tak na prawdę mało kto używający tego modnego słowa zdaje sobie sprawę, iż ekologia to nauka o współistnieniu materii ożywionej i nieożywionej oraz powstających pomiędzy nimi interakcjami. Taka na szybko skonstruowana skrótowa definicja, jednak oddaje sedno sprawy, bo to co wszyscy nazywają ekologią to jest ochrona środowiska. Ale jakże niemedialnie by się nazywały wszelkie pseudodobre dla środowiska działania i produkty, gdyby nie były „eko”? Dobra jad wyrzucony, z jedna osoba nawrócona, cel osiągnięty. Wracają do tematu motywy ochrony przyrody w tak efektownych okolicznościach jak w „Avatarze” mogą się odbić pozytywną czkawką nawet w tak samolubnie i chamsko pod względem dobra Matki Ziemi nastawionych krajach jak USA czy Chiny. Może właśnie dzięki pokazaniu demolowania wykreowanego w filmie środowiska tak cudownego w swych komputerowych wizualizacjach ekranowych, że nawet najcudowniejsze ujęcia z ziemskich raf koralowych, czy dorzecza Amazonki nie dorastają mu do pięt spowoduje spojrzenie przychylniejszym wzrokiem na otaczającą Nas rzeczywistość? Miło by było, ale jak mawiają „pomarzyć piękna rzecz”. Chwila po sensowej refleksji nie przeniesie się na codzienne działania pro ochronie środowiska naturalnego poprzez nie nadużywanie sztucznych tworzyw, recykling, nie zaśmiecanie i nie niszczenie tego co jeszcze przyroda ma nam do zaoferowania i inne banalne w swej prostocie czynności możliwe do zdziałania przez każdego z Nas, jednak z głupoty i lenistwa nie czynione. Koniec tego moralizatorstwa, bo się jeszcze ktoś rozckliwi, a nie taki sens miało pisanie tej recko-opinii filmowej.

A teraz to, nad czym można się pozachwycać, czyli strona wizualna. Cameron nieźle dał po garach i wrzeszczcie zaprzęgał cały ten komputerowy szajs do efektów, które robią wrażenie, a nie tylko wrażenie oglądania sztuczności. Tak jak we „Władku” potraktowano z pietyzmem stronę wizualną, tak i tu wszystko wygląda świetnie. Szczególnie jeśli chodzi o florę na Pandorze wygląda to znakomicie – choć i tak widać inspiracje naszymi ziemskimi lasami równikowymi, lasami z czasów jury, czy motywami używanymi w niejednym dziele fantastycznym, gdzie jakaś społeczność żyje w świecie ograniczonym. Tym światem jest ogromne drzewo – tutaj akurat jest to jeden z motywów, jeden z ważnych czynników kształtujących działanie tubylców. Gorzej jak dla mnie fana nauki i fantastyki wypadają zwierzęta i tubylcy. Zacznijmy od ludu Na’vi. Troszkę zaczyna mnie irytować, iż w kolejnym filmie stawia się na opcję, iż we wszechświecie, jeśli będzie inteligentne życie to muszą to być humanoidzi. Ja rozumiem względy marketingowe – łatwiej sprzedawać się będą koszulki, breloczki, laleczki człekokształtnych niż życia opartego na krzemie (siakiś żywych skał) czy amoniaku (cholera wie, jak to to miałoby wyglądać). Dołóżmy do tego niezaprzeczalny fakt, iż mało jest zwykłych zjadaczy telewizyjnej papki, którzy potrafili by wczuć się w historię jakiejś bliżej nie znanej wizualnie istoty. Tutaj humanoidy wygrywają, jednak czy w kosmosie ma to rację byty? Któż to wie, któż to wie? Na pewno nie hollywoooodzcy twórcy. Jak widać nawet po dziesiątkach lat i setkach wymyślonych ras w „Star Treku” widzom nie znudziła się mnogość obcych ras opartych na ludzkim kadłubie różniących się kolorem skóry, badziewiami przytwierdzonymi do łba i kształtem uszu. Jak wierzę w istnienie życia pozaziemskiego, tak nie wierzę, że są to humanoidy, ani żadne inne przedstawione przez kino alieny, no może poza Alienem, który także ma humanoidalną postać. Wracając do Na’vi, pomimo swej wielkości, mocy itp. jakoś tak bledną w akcjach w swym naturalnym środowisku, do którego przystosowywali się na drodze ewolucji pewnie setki lat. A najbardziej boli brak jakiegokolwiek uzasadnienia dla ich ogonów! Tak moi drodzy Na’vi to poniekąd nasi bracia nie tylko w rozumie, ale i w kosmicznej ssaczyźnie. Wyglądają na takich, którzy również jako swych przodków posiadali małpokształtne istoty, tak jak i my ludzie z planety Ziemia. A Matka Natura wszędzie działa podobnie – nie robi nic bez przyczyny. Nieudane eksperymenty giną dość szybko, reszta ewoluuje i pod każdym względem posiada sens – nawet najdrobniejsza kosteczka. A tu wielgachny ogon, którego istnienia imć pan Cameron nie łaskaw był wytłumaczyć choćby w banalny sposób – narząd niezbędny do komunikacji, pomocny w poruszaniu się po drzewach, przydatny przy obrzędach godowych itp. Idąc tego typu tropami dalej. Można zauważyć trójparowość kończyn, jeśli chodzi o zwierzęta, które dla ułatwienia przyjmiemy w ramy ssaków – koniowate, hienowate, tygrysowate czy nawet małpowate. Czyli drogą dedukcji Na’vi także powinni posiadać jeszcze jedną parę kończyn, a nie ma… jakoś brak tu naturalnego podejścia natury do naturalności istot żywych.

To sobie pomarudziłem… w sumie jeszcze nie skończyłem. Nie wspomniałem jeszcze o ckliwości, której tu pełno. W kilku fragmentach nie daje się wręcz od niej uciec, a nawet jest niezbędną i buduje nastrój i klimat. Jednak, co za dużo to ręce bolą, albo dupa rośnie. Wolę mniej, a trafniejsze uderzenia ckliwością i patetycznością ‚ala „Braveheart” czy „Gladiator”. Dobra chyba starczy…

Ciekawie wyglądało połączenie żywych ludzi, aktorów z Na’vi komputerowo wykreowanymi tworami. Przeniesienie avatarów z obrazków wklejanych dla wizualizowani siebie na stronach internetowych w wyższy wymiar kinowy wypadło nadspodziewanie dobrze. Parę razy bolało po oczach niedorobienie ruchów postaci, szczególnie w bardzo szybkich sekwencjach w początkowych scenach, bo potem chyba ilość nagromadzonych wizualnych majstersztyków odwracało uwagę od takich drobnostek. Także oglądanie jak malutcy tego świata skopują dupę wielkim wszechświata – bezcenne. Podejrzewam, iż z dobrym marketingiem ten film stałby się największym hitem kasowym wszech czasów w krajach muzułmańskich – amerykanie walczą na równi z dzikusami, którzy nie mają nawet kałachów?! Puszczajmy to w meczetach, nauczajmy w szkołach koranicznych!

Przez cały seans bawiłem się bardzo dobrze, przez co moja ocena dość wysoka, jak na ilość czepiania się w poniżej opinio-recce. Od strony wizualnej miłe dla oka cacuszko, jednak gdy wniknąć głębiej to pojawia się coraz więcej mielizn fabularnych i problemów z rozwiązywaniem wymyślonych tropów akcji, które czasem żyją własnym życiem. W sumie warto obejrzeć na dużym ekranie i choć przez chwilę zastanowić się nad swoim, ziemskim otoczeniem i przyrodą – a czy ty byłbyś w stanie zrobić dla swej planety, ojczyzny tyle co Na’vi?

2 uwagi do wpisu “Avatar (2009) – dajmy efekty, udajmy że nie ściągamy fabuły

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s