John Rambo (2008) – niby Rambo, ale nie cieszy jak niegdyś

indeks.jpg

Sylwka na starość ogarnął sentymentalizm i zebrało się na podróże w czasie do momentu, gdy był jednym z etatowych mięśniaków obsadzanych w głównych rolach w mega produkcjach. Teraz nieco skapciał, mięśnie sflaczały, twarz zmarszczyła, a potencja nieco opadła, więc zabrał się za reżyserkę. Najpierw był Rocky, teraz Rambo, oba na literkę „r”, oba łapiące się starej sławy, oba wysokobudżetowe, oba chcące acz czy  mogące. John Rambo zrobił oszałamiającą karierę dzięki przełożeniu ciekawej książki sensacyjnej Devida Morrella na język filmu. Ech to były piękne czasy, gdy na każdym podwórku rozmawiało się o kolejnych częściach przygód małomównego mięśniaka. Kasety z Rambo w każdej wypożyczalni miały wzięcie i to przez wiele, wiele lat od premiery. Efektowna rozwałka w stylu Johna nęciła napalonych małolatów i podstarzałych tatuśków by po raz kolejny miast intelektualnej rozrywki sięgnąć po tanią frajdę – wybuchy, strzelaniny, twardego i kuloodpornego mięśniaka w roli głównej.

Początek czyli prawdziwe zdjęcia masakr i ludobójstwa z Birmy robią wrażenie, człowiek znów się czuje jakby czasy hitlerowskich obozów zagłady powróciły. Cóż bestia zwana człowiekiem nie lubi uczyć się na cudzych błędach i uwielbia zapach strachu i smak krwi. Co i rusz budzi się w kolejnym zakątku kuli ziemskiej i sieje spustoszenie w imię popieprzonych zasad, religii, mamony czy ot tak po prostu dla własnego widzimisię. Kolejne ujęcia przenoszą nas do aktualnego zajęcia Rambo, na starość łapie węże i je sprzedaje… Prawda że pasjonujące? Po chwili pojawiają się też jakieś białasy (zapomniałem dodać, iż John żyje sobie pośród małych, żółtych ludzików, którzy w poprzednich częściach byli jego mięsem armatnim) i namawiają na wyprawę w dzikie ostępy by nieść kaganek oświaty, nadzieję, miłość i ogólny błogostan jaki można sobie kupić w supermarkecie nawet przez idiotów. Jednak Sylwek jest twardy jak skała i nic go nie wzrusza. Nawet ładniutka blondynka prowadząca z nim dysputę natury filozoficznej „jego ego większe od małego”. Znaczy się ładniutka blondynka moknąca w deszczu i prowadząca dysputę filozoficzną jednak przekonuje Johna by podrzucił ich swoją wypasioną łajbą. Wiadomo co wilgotna laska potrafi zrobić z twardego skurczybyka. Potem pojawia się parę problemów natury egzystencjalnej, których nawet z milusią blondzią nie da się omówić na tyle skutecznie by zniknęły i świat stał się równie nieskomplikowany jak przed paroma minutami seansu filmowego. Cóż jak każdy szczur lądowy wie – laska na pokładzie to nieszczęście. Tak i tu, spotkanie z piratami przeradza się w coś więcej za sprawą kobietki. Rycerski Rambo w jedyny słuszny i znany sobie sposób rozwiązuje problem, tak jakby rozwiązywał węzeł gordyjski. Ot szybkość i pełen magazynek. Tak oto rozpoczyna się kolejny odcinek sagi o nieśmiertelnym wojowniku.

I pojawił się on w oparach dymu toczącego swe szare cielsko po okolicznych włościach. Prawdziwy jeździec apokalipsy, któremu ni żółte komanda i szwadrony śmierci nie straszne. Łany żółtego zboża i ryżu padały pokotem pod celnym ostrzałem. A wszyscy strzelali, uciekali, strzelali, uciekali i tylko czasem padali na twarz w brudne ryżowe pola by się orzeźwić. John, John Rambo to jeden z tych bohaterów, który wprawia człowieka w dobry nastrój niezależnie od pogody.

Nie wiem, chyba już za stary jestem, bo gdy widzę minę Sylwka i te jego krowie oczy z na wpół przymkniętymi powiekami to zaczynam się śmiać. To samo działo się ze mną przy sielskich scenach niesienie pomocy lekarskiej chorym, nawracania dzikich i uczenia analfabetów z buszu. W scenie nawiązującej do motywów rycerskich, gdy Rambo wykuwa sobie broń, a w tle słychać głosy przeszłości znów uśmiech ukradkiem wdarł mi się na usta. Coraz bardziej zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie jakaś nowa konwencja walki z całym światem małomównego typa z przepaską na czole. Może tym razem John rozpuścił włosy i wyluzował na tyle by spróbować pokonać przeciwników (i widzów) śmiechem.

Za to sceny rozwałki i najazdu na wioskę robią wrażenie. Wygląda to po prostu świetnie. Rozrywane pociskiem moździerzowym ciała, eksplozje, miotacz płomieni, bestialskie zabawy z dziećmi i kobietami – czyli wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. To samo ostrzał z działka, te odrywane kończyny i pozostająca miazga po wrogach. Po prostu piękna jatka. Jednak wybuch bomby zabytku z II wojny światowej popsuł wszystko. Wyglądało to co najmniej na eksplozję jakiejś wersji mini atomówki i pasowałoby raczej do jakiegoś filmu sf z nowymi rodzajami broni w roli głównej, a tak to po prostu wyszła wielka, ogromniasta, maksymalna lipa.

Wyprawa w lata osiemdziesiąte by przypomnieć sobie smak kolejnych filmów branych hurtem z wypożyczalni nie udała się. Zawalanie ekranu wnętrznościami, strugami krwi i zwłokami oblepionymi przez muchy pasuje do jakichś zombie movie, a nie rasowego akcyjniaka bazującego na istnej mityczności z czasów minionych – epoki wideo. Epatowanie rozwałką, łapanie się tanich sztuczek mających wzbudzić w nas obrzydzenie, a także wściekłość na los niewinnych ofiar niedawno przerabialiśmy w „Hostelu” czy „Piłach 2-6, 3D”. Można było realistycznie oddać rozwałkę i trupy w wojennych realiach, ale nie w ten kojarzący się z horrorami sposób.

Jeśli ktoś ma ochotę na bezmózgą akcję, gdzie trup ściele się gęsto, a much latają tysiące powinien sięgnąć po ten film. Także ci, którzy twierdzili po trzeciej części Rambo, iż John ma sporo do powiedzenia powinni obejrzeć najnowszą odsłonę przygód dzielnego chwata, weterana wietnamskiego. Nic tylko wyłączyć mózg odpalić dvd i oglądać, jak to Sly stara się na emeryturze odświeżać swe najlepsze filmy samemu się za nie zabierając. Jak wieść gminna niesie będzie kolejna część…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s