Slumdog. Milioner z ulicy (2008) – wygraj Milionerów

indeks.jpg

Już na samym początku nieco popsuję połowie zainteresowanych humorka. Ten film z jednej strony ukazuje, jaką wielką moc przyciągania ma naznaczenie Oskarem, jak nadal silnie przyciąga widzów na nagrodzone dzieła (wystarczy udać się na seans by zauważyć i usłyszeć w kolejkach do kas oddziaływanie tejże nagrody na przeciętnego widza). Natomiast z drugiej udowadnia, iż dalej nagroda ta kreuje gusta mniej zaznajomionych z kinem. Lata temu sam dawałem się robić w tę trąbę, lecz teraz już wiem, o co biega. Jednak pomimo tego zniechęcającego wstępu trzeba przyznać przynajmniej jedno „Slumdogowi. Milionerowi z ulicy” – świetnie zostały tu połączone wszelkie metody filmowego nacisku na widza. W sumie wygląda na to, iż tegoroczna nagroda chce zmyć z siebie opary ostatnich kilkudziesięciu lat docenienia bogatych paździerzy.

18-letni chłopak z zupełnych nizin społecznych dostaje się do indyjskiej wersji teleturnieju „Milionerzy”. Gra idzie mu zaskakująco łatwo, przez co pojawia się podejrzenie, iż Jamal oszukuje. Zostaje zabrany na brutalne przesłuchanie, podczas którego wyjawia historię swego tragicznego życia.

Wielka siła tego filmu tkwi w sposobie opowiadania. Cały film jest podzielony na trzy płaszczyzny narracji. Podczas teleturnieju oglądamy wydarzenia z perspektywy szarego widza telewizyjnego. W trakcie przesłuchania mamy do czynienia z opowiadaniem Jamala o swej przeszłości oraz wglądem w brutalne metody przesłuchujących policjantów na posterunku. W trakcie tych zeznań wyjawia skąd znał odpowiedzi na zadawane mu pytania. Wszystkie warstwy pokrywają się tworząc ciekawą i wciągającą rzeczywistość.

Zrobiony tak by jak najbardziej wycisnąć z nagradzających gremiów siódme poty przy wydawaniu wyroków skazujących na nagrody. A sam film jest poprawny, dobry, ale nie bardzo dobry czy też wspaniały. Ot świetna kombinacja – jak to młody człowiek z nizin społecznych, bez szkoły stawia czoła wielce popularnej na całym świecie grze, telegrze, telegrze dokładnie „Milionerom”. Czyli tak lubiany motyw od zera do bohatera. Dodajmy do tego egzotyczne miejsce (Indie) i to takie, które dobrze kojarzy się Amerykańcom (jakby nie było tysiące USA-ńczyków w latach hipisowskich przenosiło się tam w oparach dragów). Wrzucamy jeszcze nieśmiertelny wątek miłosny i to najlepiej miłości nieszczęśliwej i tragicznej mającej wyciskać łzy z oczu strażników przed pałacem Buckingham. Oczywiście potrzeba tu jeszcze parę trupów, by popkornożercy mogli poczuć pełne ukontentowanie swych niskich instynktów oglądając krwawe rozbryzgi. Nie zapomnijmy także o tym, co na całym świecie wzbudza ogromne ilości uczuć – czyli małe dzieci, a najlepiej małe o wielkich oczkach, bezdomne próbujące sobie radzić w strasznym świecie dorosłych.

Wiecznie żywy mit „od zera do milionera” wszędzie na świecie ma swych zwolenników. Któż by nie chciał w jeden, góra dwa dni wejść do „elitarnego” grona milionerów? Dzięki swemu niskiemu urodzeniu (w Indiach dalej żyje się według dość pokrętnych systemów kastowych, gdzie urodzenie, kwalifikacje oraz wykonywany zawód tworzą pozycję w społeczeństwie) wzbudza nie tylko wśród milionów oglądających transmisję na żyw teleturnieju, ale także wśród milionów widzów kinowych na całym świecie. Miło jest kibicować komuś bardzo biednemu i sympatycznemu w telewizyjnych zmaganiach o grubą kasę.

Danny Boyle zrobił sobie w Indiach wielu wrogów tym filmem, gdyż rozprawił się na ekranie z hollywoodzkim kinem, gdzie króluje śpiew, taniec, radość. W filmach tworzonych w tym kraju znajdziemy wiele wspólnych mianowników, odróżniających te dzieła od tworów z innych stron świata. A wszystkie te elementy łączące są tym, co mnie zupełnie odrzuca od tych filmów. Nie mogę znieść tych dziesiątków wstawek muzycznych, tańca synchronicznego w kosmicznych układach, które nierzadko nie mają nic wspólnego z toczącą się akcją filmu (np. fabuła może być o czasach sprzed kilkuset lat, a w momentach rozśpiewanych zobaczymy głównych bohaterów ubranych na dzisiejszą modłę itp.). Boyle ukazał okrutną rzeczywistość indyjskich slumsów, gdzie bardzo ciężko żyje się dorosłym, a co dopiero dzieciom. Widzimy świat, gdzie mieszają się kultury, religie, rozwój cywilizacyjny. Tutaj ludzkie życie warte jest tyle ile ktoś byłby w stanie zapłacić za nie lub tyle ile jest w stanie Ci ukraść rzezimieszek z ulicy. Nikogo nie interesuje los bezdomnych, osieroconych – chyba, że ma w tym ukryty interes. Na wszelkie sposoby każdy stara się wyrwać swój kawałek chleba, nie wzdrygając się od kradzieży, wymuszeń czy oszustwa. W biznesie na całym świecie liczą się przecież drapieżniki, nie masa przepływających ławic szarych obywateli.

Stworzono ciekawy zlepek kulturowy, nakręcono film jakoby wykrojony z formy z napisem „nagródź mnie akademio, bo spełniam wszelkie wasze wymogi”, wpakowano wątki mające zachęcić całe spektrum widowni, czynniki męskie (walka, akcja) wymieszano z żeńskimi (uczucia). Dodatkowo panowie nacieszą oczęta urodą Freidy Pinto. Takie filmy ogląda się bardzo dobrze i przynoszą milionowe zyski na całym świecie, gdyż opowiedziana tu historia jest bardzo uniwersalna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s