Raid (2011) – daj się ponieść

indeks

Od czasu do czasu wręcz trzeba obejrzeć film, który ma spełniać tylko i wyłącznie (czasem aż) rolę rozrywkową. Jednak od dłuższego już czasu produkty made in Hollywooood to nic godnego uwagi trzeba się rozglądać po innych krajach pochodzenia. Jako że lubię filmy z różnych stron świata, a i ostatnimi czasy sporo takich trafia do mnie w ten czy inny sposób, to i dałem sobie chwilę umysłowego oddechu filmem „The Raid”. Azjatyckie kino rusza coraz mocniej pod strzechy spragnione akcji, tej samej akcji którą nam serwowało podczas zapomnianej już epoki wideo.

W pewnym indonezyjskim mieście, pewna elitarna jednostka policyjna, pewnego dnia atakuje pewien wieżowiec. Budynek zajęty jest różnego rodzaju szumowinami i ludźmi, którym gdzie indziej nie udałoby się wynająć mieszkania, ale także zorganizowani bandyci powiązani z narkobiznesem. Policjanci dopiero, gdy dostają się do wnętrza dostrzegają, że coś z tym zadaniem jest nie tak.

W kinie akcji ciężko jest trafić na coś nowego, świeżego. W ostatnim dwudziestoleciu jedynie kilkunastokrotnie twórcom udało się mnie zaskoczyć pozytywnie. W gronie tym znalazły się dzieła z Francji, Hiszpanii, USA, Hong-Kongu, Japonii a także Indonezji. „The Raid” zdecydowanie należy do udanych produkcji, którą ogląda się z niekłamaną przyjemnością. Pod względem fabularnym może i nie jest za bogato. To, co tutaj widzimy to wielokrotnie powtarzana opowiastka o ataku jednostki specjalnej na bandytów. Mamy tu także oklepane motywy z wielkim, złym przywódcą, sprzedajnymi policjantami, układami, narkobiznesem, odwagą, tchórzostwem itd. Jednak całość została sklecona na tyle miło dla oka i ucha, że ogląda się bez poczucia marnowania czasu. Także motyw z wieżowcem ostatnio dość często używany – tutaj posłużył tylko za szkielet, uzasadnienie pewnych działań, a nie główny motyw. Z uśmiechem na gębie, gdyż akcji tutaj skumulowano ponad miarę. Ani przez chwilę nie miałem poczucia, że tempo odrobinę spadło i to nawet w scenach statycznych, gdzie nikt się nie leje. Kilka wątków sensownie zostało doprowadzonych do rozwiązania, bez deux ex machina. I o to chodzi, i o to chodzi.

Zdecydowanie bardzo na plus trzeba zaliczyć choreografię walk. Pojedynki wyglądają po prostu wyśmienicie – układy są fajnie skomponowane, gdzie poza klasycznymi numerami w naparzaniu się po gębach da się także odszukać inwencję twórczą osób odpowiedzialnych za ustawianie owych pojedynków. Poza owym wizualnym majstersztykiem walk należy też docenić ich brutalność. Tutaj nie ma okładania się po pyskach w białych rękawiczkach, tutaj kości są łamane, krew bryzga, karki się skręcają, nogi wyłamują, a czaszki pękają. Nie tylko broń palna – pistolety i karabiny, biorą udział w walkach policji z bandytami, ale i noże, maczety (jupi!), tonfy, krzesła, szafki czy topory. Dawka brutalnej siły pomieszana z techniką walki finalnie prezentuje doskonałe widowisko dla oka. Ostatnio tak cieszyłem się z azjatyckiej mordobicia podczas seansu „Oldboy’a”.

Brutalność widowiska na szczęście nie jest tylko po to by przytłoczyć widza, ale sensownie komponuje się z rozwiązaniami fabularnymi, dzięki czemu dostajemy sensowny produkt. Produkt, dzięki któremu mózg może odpocząć, ślepia nacieszyć się widokiem świetnych pojedynków, a mały, wewnętrzny psychopata zostaje nakarmiony ilością krwi i trupów. Tak, to kino dla dorosłych, kino akcji, jakiego od czasu do czasu potrzeba dla zachowania równowagi z intelektualnym wchodzeniem w głębię duszy podczas seansów kina ambitnego. Ten film nie miał ambicji byciem czymś więcej niż jest, za to wyśmienicie spełnia swoją rolę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s