Vicky Cristina Barcelona (2008) – trójkąty

indeks.jpg

Allen na stare lata coraz bardziej próbuje zagłębić się w tajniki kobiecego umysłu. I choć stara się bardzo, jest niemal bliski osiągnięcia celu, to jednak w tej materii daleko mu do ogarnięcia pełni problematyki w owej materii. W „Vicky Cristina Barcelona” nie od parady obrał sobie za cel Hiszpanię, tocz to właśnie z tego kraju pochodzi reżyser, który zrozumiał kobiety lepiej niż one same siebie. Tak, tym panem jest Almodovar, a Allen poniekąd tym filmie staje się poniekąd jego zamerykanizowaną wersją – mniej subtelną i mniej złożoną, obdarzoną sporym poczuciem humoru, co nie znaczy że kiepską. Do wcześniejszych swych umiejętności Woody dokłada coraz subtelniejsze granie na uczuciach. Miesza ile wlezie w konwencjach, a efekt końcowy może nie jest wielce zaskakujący, jednak spełnia swoje filmowe zadanie – bawi i cieszy oczęta widzów.

Treścią tej opowieści są sercowo-seksualne przygody kobiet. Dwie młode i atrakcyjne amerykanki spędzają wakacje w Barcelonie pomieszkując u znajomych. Vicky lada dzień ma wyjść za mąż, a Cristina jest jej istnym przeciwieństwem chce cieszyć się wolnością tak długo jak się tylko da. Poznają Juana, artystę malarza, który proponuje im wspólne spędzenie weekendu. Za namową Cristiny obie kobiety ruszają na wyprawę mającą zmienić całe ich poukładane wcześniej życie.

I znów muszę porównać, Allena z Almodovarem, gdyż i obu tym jakże zasłużonym panom nie tylko wiekowo, ale i kinematograficznie udało się wydobyć na światło dzienne dobrą grę, talent z Penelope Cruz. Już samo to zasługuje na oklaski i uznanie. Wielokrotnie dała popis swego niechciejstwa odwalając różne chałtury miast dzielić się z całym światem swymi aktorskimi zdolnościami. Pozostała reszta obsady także trzyma poziom (po Bardemie nie można było się spodziewać niczego innego). Każdy, no prawie każdy (ale o tym za chwilę) nie tylko został dobrze dobrany i wpasowany w tło fabularne, ale i wyrabia normę by widz nie czuł się zażenowany poziomem oglądanych na ekranie popisów. Lecz im dalej w las, tym więcej butelek i okazuje się, że pewna młoda gwiazdka odstaje tutaj zdecydowanie. A jest nią muza reżysera Scarlett Johansson, której przypadł zaszczyt bycia najgorszym ogniwem tegoż filmu.

Patrząc na plakat i czytając opisy „Vicky Cristina Barcelona” nietrudno zauważyć, iż mowa tu będzie o trójkącie. A trójkąty, to jak wiadomo modna figura geometryczna od setek lat. Allen chyba zbyt długo wpatrywał się w banknot jednodolarowy, gdzie uwieczniono pewne znaki masońskie. Tak długo wpatrywał się w piramidę z okiem, iż doznał olśnienia, aby stworzyć film tylko o trójkątach. Pierwszy najmocniej zaakcentowany to ten widoczny na plakacie pomiędzy Christiną, José a Marią, drugi to Christiną, José i Vicky, trzeci pomiędzy Christiną, José i Marią, czwarty to José, Vicky i Doug itd. I w obrębie tych trójkątów rozgrywają się najważniejsze partie tegoż dramatu (wszakże to nie tylko komedia). Nie wolno zapomnieć także o tych drugoplanowych przebłyskach wspomnianej już figury geometrycznej. Najsilniej zaakcentowane zostały dwie pierwsze trójkowe relacje. To właśnie na nich opiera się największa część najnowszego dzieła Allena. I one ukazują prawdziwe oblicze filmu.

Jak to u Allena na warsztat poszły skomplikowane relacje damsko-męskie i męsko-damskie. Z każdą upływającą minutą komplikują się do granic możliwości, a nawet je przekraczając. Dochodzi do tego spora doza wspomnianego już wcześniej podglądactwa i wczucia się w kobiecą psychikę. Reżyser mnoży przeszkody byleby akcja nabierała rumieńców i tempa, w odpowiednim momencie zrzucając prawdziwą bombę emocji. A jest nią pojawienie się na ekranie Penelope Cruz, która do samego końca nie oddaje pałeczki, ona po prostu nie potrzebuje żadnej zmienniczki. Gra kobietę z temperamentem, furiatkę niezdolną żyć samotnie, jak i żyć w związku. Jej auto destruktywne działania rozciągają swe macki na otoczenie, wciągając w opętańczą grę każdego, kto wykaże zainteresowanie, choćby przychylnie na nią spojrzy.

Dramat, perypetie miłosne, prawdziwa miłość i świadomość uwięzienia we własnym, jakże parszywie nudnym życiu dopada główne postacie tego filmu. Allen wskazuje dziwną, ciekawą drogę, jaką może podążać miłość. Według niego prawdziwemu uczuciu nie zagrożą przygodne skoki w bok z wielce atrakcyjnymi fizycznie osobami. Poukładani ludzie potrafią czerpać z tego typu momentów, fizycznego pożądania to, co najlepsze nie niszcząc relacji, jakie zbudowali w oparciu o duchowe pokrewieństwo. Taka gloryfikacja bycia z kimś, a puszczania z innymi. Można też zauważyć przyzwolenie dla trójkątnych związków, które naprawdę mogą mieć ręce i nogi. Wszystko jest dla ludzi, o ile ci ludzie potrafią czerpać korzyści i przyjemność bez konsekwencji złych wyborów, chorej zazdrości i inszych negatywów.

Kobieta to istota tak skomplikowana, jak wytłumaczenie i dowiedzenie w kilku zdaniach powstania wszechświata. Tego po prostu nie da się zrobić, pojąć i nie da się zrozumieć, a męski umysł nie jest zdolny do przetworzenia tak skomplikowanych informacji (a kobiecy nie chce się do tego przyznać), która z każdym krokiem do przodu w poznawaniu zmienia się niczym ułożenie elektronów w atomie. Film o tym, że żadnej kobiety nie da się w pełni zadowolić, dopóki ona sama nie będzie chciała i nie stwierdzi, iż to właśnie to. Panowie do kin, Allen tropem Almodovara daje nam znaki dymne, jak zakręcić kobiety ich własną uczuciową bronią. Także waszmościowie, do broni!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s