Tatarak (2009) – szuwary, szuuuuwaaary

indeks.jpg

„Andrzej Wajda wielkim reżyserem był” – hasło to było bardzo aktualne. Ten starszy już pan zdecydowanie za długo pieścił się sam ze sobą, tworząc kolejne adaptacyje lektur szkolnych, bez których kinowy świat mógłby się obyć. Ostatni dobry film nakręcił ponad dziesięć lat temu (pisane niedługo po premierze). Tak to wielce zasłużony dla polskiej, jak i światowej kinematografii, który w swym CV ma filmy wręcz doskonałe. Kilka z nich znajduje się na mej osobistej liście ulubionych, jednak to, co ostatnio gościło na ekranach tylko mnie męczyło, a wręcz denerwowało. I znów wypadało powiedzieć „Wajda wielkim reżyserem był” ze szczególnym naciskiem na „był”. I gdy wyciągnięty z rękawa as zwany „Katyń” okazał się nierówną opowiastką z Katyniem jedynie w tle, coraz więcej osób (w tym i niżej podpisany) miało już serdecznie dość wypocin Wajdy. I nagle jak grom z nieba spada „Tatarak”, film bardzo dziwny i szczególny. To, co zaprezentował tym razem (w sumie „niewielka” w tym zasługa pana Andrzeja o czym za akapitów kilka) przeszło najśmielsze oczekiwania. Dzieło inne niż wszystko inne, coś na pograniczu teatralnego monologu i filmu o filmie. Szczerze powiedziawszy będę się starał z całych sił by przybliżyć ten film, jednak to jest jeden z tych obrazów, które jedynie oglądając mamy szansę sobie całokształt przybliżyć.

Teraz kilka słów o fabule, której nie da się opisać samymi słowami, czy samymi obrazami. Na ekranie oglądamy film opowiadający o kręceniu filmu o starzejącej się i schorowanej doktorowej. W przypadkowo spotkanym młodzieńcu odnajduje nieco radości życia. Umawia się z nim, jednak podczas zbierania tataraku chłopak tonie. Pomiędzy kolejnymi aktami tegoż dramatu oglądamy Krystynę Jandę opowiadającą o ostatnich chwilach swego męża Edwarda Kłosińskiego.

A teraz do rzeczy. Film ten w około 80% opiera się na Krystynie Jandzie, kobiecie, która w naszym kraju jest jedną z niewielu aktorek, które potrafiłyby przekonywająco zagrać nawet wiosenną mżawkę. Reszta zalet to świetne zdjęcia i delikatne tchnięcie mistrza Wajdy, któremu trzeba przyznać jedno pozwolił swej wieloletnią znajomej by wyłożyła przed kamerą to czego nikt inny nie potrafiłby z niej wyciągnąć. Dołóżmy do tego fakt, iż jako reżyser i scenarzysta dał się tej znakomitej aktorce wykazać i nie psuł. Janda wypada bardzo dobrze w roli doktorowej. Czuć, iż ta kobieta stoi na krawędzi życia i śmierci od wielu lat, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ciągle przeżywa śmierć syna w Powstaniu Warszawskim. Jak to kochająca matka obwinia się za ten dramatyczny zgon, choć nie miała żadnego wpływu na przebieg wydarzeń. Teraz już jako odchodząca ze sceny życia natrafia na młodzieńca, który przypomina jej syna, a jednocześnie pociąga ja fizycznie. Ogarnia ją strach, pomimo sporego doświadczenia życiowego nie wie jak ma się zachować w tej sytuacji. Mieszanka uczuć, jaką obdarza chłopaka staje się przyczyną tragicznego w skutkach zbierania tataraku. Natomiast w momentach monologu o ostatnich chwilach swego męża jest jak otwarta księga, z której każdy z widzów może czytać do woli. Staje się to wielce intymnym spotkaniem z życiem Krysyny Jandy. Tragiczne wydarzenia, ostatnie chwile z życia chorego na raka Edwarda Kłosińskiego robią większe wrażenie jako opowieść bliskiej osoby, niż gdyby oglądało się dokument o tychże wydarzeniach. Bardzo szczere wyznania powodują, iż człowiek ma uczucie, że na chwilę wlazł z buciorami w cudze życie. Pewien taki dyskomfort uczestniczenia w wydarzeniach, do których niekoniecznie powinno być się dopuszczonym pojawia się szczególnie podczas „wejścia” opowiadającego o ostatnich minutach, ostatnim tchnieniu męża. Ona nie musiała tu nic grać by być autentyczną, przecież też jest człowiekiem z krwi i kości, cierpiącym. Z każdym kolejnym monologiem (było ich trzy) na barki widzów spływa świadomość poczucia bezsilności, bezradności wobec nieuchronności śmierci.

Taki film to dzieło dla wytrawnego i wrażliwego widza. Nie każdy będzie potrafił przebrnąć przez ciężką tematykę śmierci, śmierci na ekranie i śmierci w prawdziwym życiu. Wszystko podane w poetyckiej prozie Iwaszkiewicza. Słuchanie zwierzeń Krystyny Jandy, prawie że boli. Cała ta aktorska spowiedź staje się formą oczyszczenia, oraz połączenia świata realnego ze światem z celuloidowych taśm. Bardzom ciekaw, jakie wrażenia tuż po nakręceniu tych scen miała nasza znamienita aktorka. Podczas seansu powstaje forma wizualnej spowiedzi, tu nie ma miejsca na spektakularne widowisko, popkorniadę – tu grają uczucia.

Obejrzeć i przeżyć powinien to każdy, jednak nie każdy będzie potrafił czerpać z tego filmu pełnymi garściami. Tutaj zdecydowanie da o sobie znać filmowe doświadczenie, a także umiejętność wczucia się w prezentowaną na ekranie fabułę. Ciekawie mogłyby monologi Krystyny Jandy wypaść w teatrze, jednak nie sądzę, aby sama aktorka chciała jeszcze raz wkroczyć w te mętne wody śmierci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s