Mission: Impossible – Ghost Protocol (2011) – misja niemożliwa znów

indeks

Są pewne serie filmowe, które umrą dopiero po śmierci odtwarzających główne postacie aktorów. Chyba, że jednak technika pójdzie na tyle do przodu, że zamiast ludzi będą grać ich avatary… wtedy żaden sprzedający się film nie będzie miał końca. Wiadomo kura znosząca złote jaja, choćby nie wiem jak brzydka, tandetna, kiczowata i plugawa to i tak się jej nie zarzyna… wszakże to przeczy prawom ekonomii, powiększania zysków i zdobywaniu coraz większej kasy. Pieniądz rodzi pieniądz, a pewne filmy to istne kule śniegowe. Mission Impossible do takowych należy. Początkowo było to tylko wskrzeszenie idei serialu o tym samym tytule, jednak sprzedało się to na tyle dobrze, że wchodzono do tej rzeki już (wraz z najnowsza odsłoną) czterokrotnie i z tego co widać jeszcze producenci zamoczą swe bardzo drogie buty w tej coraz bardziej mętnej produkcji. Część pierwsza wprowadziła nowego bohatera na duży ekran, który mając gadżety prosto od Q, wsparcie ogniowe niczym Rambo oraz wszechstronne wyszkolenie. To był cios w samo sedno tego, co chcieli oglądać widzowie. Kolejne części prezentowały coraz mniejszy nacisk na fabułę, a coraz większy na efekty specjalne – po seansie mogę potwierdzić – owa tendencja wzmaga się.

W najnowszej części Ethan Hunt tuż po tym jak zostaje odbity z rosyjskiego więzienia, trafia na Kreml pod przebraniem by zdobyć ważne informacje. Jednak Kreml zostaje wysadzony, a Hunt i jego ekipa zostają zwolnieni ze służby. Bez wsparcia państwa i tajnych służb, zdany tylko na siebie i swoją drużynę podejmuje wyzwanie. Postanawia dorwać sprawców tego incydentu.

Oglądając ten film miałem wrażenie, że Tomuś trenował przed jakimś morderczym biegiem. Przez cały seans widać go pędzącego za pomocą własnych odnóży czy na czterech kółkach wypasionych fur (przede wszystkim marki bi em dabel ju). Wszędzie pędzi, skacze i prawie że fruwa, nawet gdy coś mówi – znaczy się przemawia to wygląda jakby już stał w blokach startowych. Taki film gonitwa, gdzie nawet przez chwilę gdzie akcja nieco zwalnia czuć, że to i tak jest mega ekspresowe tempo. Tu trzeba to rzec – filmów ów przez cały czas trwania seansu prezentuje ogromną dawkę wybuchów, pojedynków, pościgów, strzelanin i ryzykownych sytuacji. Wszystko na wysokich obrotach, bardzo wysokich. A takie obroty wytrzymać może tylko porządny silnik i to też w ograniczonym czasie.

Akcja jest na tyle szybka i sprawnie pociągnięta, że nawet nie zauważa się (poza przecukrzoną po amerykańsku końcówką) upływającego czasu. Tak, to trzeba przyznać, że jeśli idzie się na seans z nastawieniem na odmóżdżenie i obserwowanie migających na ekranie obrazków bez zbędnego wgryzania się w to, co się dzieje, dlaczego itd. to jest to sensowna rozrywka. Mózg w trybie poświątecznej stagnacji idealnie współpracuje z tym filmem. Gdyby nie to, to co chwila zastanawiałbym się dlaczego nikt nie zwraca uwagi pomimo monitoringu na dziwnych ludzi szwendających się po hotelu w Dubaju, czemu policja (poza epizodem rosyjskim) zupełnie nie zauważa działań głównych bohaterów, oraz rozgryzałbym prawdopodobieństwo zaistnienia setek sytuacji, które tu zostały nagromadzone w jednym miejscu. I tak naprawdę nie jest ważne za czym pędzi główny bohater, co jest celem, tu liczy się tylko to że Tomuś pędzi i pędzi coraz szybciej i dalej. To prawie kino drogi – jednak to prawie czyni kosmiczną różnicę pomiędzy kinem drogi, a tym tu kinem ścieżki, gdzie wszystkie ścieżki prowadzą do… kasy, kinowej kasy a co za tym idzie do kasy jako pieniędzy, zysków.

„Mission Impossible” poszło w stronę sprzedania jak najwięcej w najkrótszym czasie. Już po chwili wszystko dookoła wybucha, pociski latają, główne postacie unikają śmierci o włos podzielony na czworo. Prezentuje się atrakcyjne wizualnie miejsca na naszym globie by stały się scenografią rozpierduchy wykonanej przy pomocy najnowocześniejszych komputerów. Istna kwintesencja tego, co króluje w kinach dla popkornożerców – rozwałka na wysokich obrotach, pseudokultowe teksty, akcenty humorystyczne mające nieco rozładować narastające stopniowo napięcie, którego eksplozja ma się przytrafić w punkcie kulminacyjnym filmu, gdy widz nie zniesie już więcej podkręcania tempa i przyśpieszania akcji. Oglądając ten film widać, że poza Tomciem jako twarzą „Mission Impossible” reszta obsady jest zupełnie obojętna, można tam wkomponować każdego. Taki idealny szablon do tworzenia kolejnych odcinków i odcinania kolejnych kuponów i możność dofinansowania przez Tomcia kolejnych scjentologicznych bzdur.

Film, który tak szybko jak upłynął, tak samo szybko ulatuje z pamięci. Akcja na wysokich obrotach, która jednak nadaje się do łyknięcia, ale tylko w miłym towarzystwie i po wyłączeniu mózgu, niech i on ma chwilę wolnego. Taki na raz na wieczór, gdy tylko chcesz używać patrzałek.

3 uwagi do wpisu “Mission: Impossible – Ghost Protocol (2011) – misja niemożliwa znów

  1. Wһat’s Happening i’m neѡ to this, I stumbled upon this
    I have found It absolutely helpful and it has aided me out loads.

    I’m hoping to give a contribution & aѕsist Ԁifferent users like its helped me.
    Great job.

    Polubienie

  2. Ⅿy sрouse and I absolutely love your blog and find many of your pօst’s to be just ԝhat I’m lookіng for. Would you offer guest wrіteгѕ to write content
    to suit your neeԀs? I wouldn’t mind cгeating a post oг elaborating on a numƄer of the subjeⅽts you write іn гeⅼation to here. Aɡain, awesome website!

    Polubienie

  3. Hello Thеre. I discovered your bloց using msn. That is a very smartly written article. I will be sure to bookmark it and cօme back to read more of your helpful information. Thanks for the post. I wіll certainly return.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s