Lighthouse (2019) – blaski i cienie, szepty i krzyki

indeks

Kiedy zastanawiasz się na co by tu iść do kina w sobotę i dostrzegasz, że w  multipleksach stolicznych niczego bardziej ambitnego czego nie widziałeś nie ma, ale na szczęście honor ratuje Kinoteka. Gdzieś o oczy w necie obił mi się widok Dafoe i Patisona w czarno-białej aranżacji więc łatwiej było wybrać ten film. I tylko pobieżny rzut oka i od razu pewne skojarzenie z lekturą „Latarnikiem” Sienkiewiczowskim, wiadomo tam była tylko jedna postać, tutaj od razu wiadomo, że będzie ich więcej. Zauważyłem też pewien minimalny szum odnośnie tego dzieła w necie, co było dość ciekawe zważywszy, że film mocno odstający od nabijaczy hollywooodzkiej kabzy.

Fabuła. By nie przyspoilerować jako fabuła wystarczy ledwie kilka zdań. Gdzieś na bliżej nieokreślonej wysepce znajduje się latarnia ukryta w mrokach mgieł, na którą łódką transportową płyną dwaj mężczyźni. Mają oni zmienić swoich poprzedników w obowiązkach latarników. Przed nimi cztery tygodnie w towarzystwie współpracownika, ptaków, latatni i morza.

Od razu trzeba przyznać, że to nie jest typowe kino na wielkie sale, co to, to nie. To dość specyficzna forma przekazu reżysera, którego jest to dopiero drugi film pełnometrażowy. W dodatku nakręcony tylko w czerni i bieli, oraz w dziwnym formacie takim prawie kwadratowym. Żeby tych dziwactw nie było za mało został on nakręcony przy użyciu 35-milimetrowej taśmy… tak wiem gimby nie znajo. Dodatkowo film oparty tylko na dwóch aktorach Willem Dafoe i Robert Tryskający Brokatem Wampir Pattinson. Ryzykownie? A jakże, ale kto nie ryzykuje ten dobrego piwa nie pije. Trzeba przyznać, że mocno to eksperymentalnie wygląda, a to jeszcze nie wszystko! Całość mocno mi się kojarzyła z opcjami teatralnymi – minimalizm postaciowy jak i scenograficzny… choć są plenery coby nie było.

Już sam początek wizualnie robi efekt łał. Płynąca w otchłaniach mgielnych łódka na dziobie, której stoi dwóch mężczyzn. W tle słychać dźwięk łodzi napędzanej silnikiem parowym oraz sygnały mgłowe. Robi to mocno upiorne wrażenie, poczucie przebywania w jakimś dosłownie innym świecie, odrealnionym. Utrzymanie stylistyki tylko w czerni i bieli robi dobrze na ukazanie relacji pomiędzy postaciami. Zdecydowanie bardziej człowiek skupia się na tym co się dzieje w wewnętrznym kosmosie człowieka, gdy odetnie się czynnik koloryzacji świata. Może dlatego w dzisiejszych tak mocno przekoloryzowanych czasach (wszędzie tęcze, lachonoobciągozaury i dresiki poubierani w odblaskowe ciuchy w imię hasła „bądź widoczny na drodze”, te abstrakcyjn kolory typu miętowy) ludzie zupełnie się nie zagłębiają w drugiego człowieka, tylko wolą zewnętrzną oczojebność? Jest w tym duża doza intymności tak charakterystycznej dla teatru, gdzie jest bezpośredni choć niebezpośredni (if ju noł łot aj min) kontakt pomiędzy aktorem a widzem. W sumie cienie i mocne dźwięki robią w tym filmie dużą robotę, można rzec, że to postacie drugoplanowe.

Film banalnie oparty na klasyce czyli duecie postaciowym, tutaj użyto szufladki młody niedoświadczony i starszy wiarus życia, jak i danej roboty. Oparto na duetach wiele świetnych filmów, a szczególnie w klimatach policyjnych to istny standard (vide „Zabójcza broń”, „Tango i Cash”, „Siedem”, „Ulice San Francisco”). Tutaj użyto tego oklepanego motywu. Ot starszy Thomas Wake mocno rządzący się na miejscu, trzymający klucze czyli całą minimalną władzę jaką można mieć na tak niegościnnym i zminimalizowanym kawałku ziemi. Zastrzega sobie, iż jako jedyny będzie miał dostęp do głównego pomieszczenia, gdzie znajduje się serce latarni morskiej czyli laterni oraz systemu szkieł mających zwiększyć zasięg świecenia jej. Uszkodzona noga oraz podeszły wiek nie są jednak dla niego wymówką przed ciężką pracą w odosobnieniu. Młodszy Ephraim Winslow stara się nie wchodzić w konflikt z jakby nie było swoim przełożonym, jednak ma w sobie iskrę buntu, która może zabłysnąć jeśli dojdzie do czegoś mocniej, bardziej, więcej. Czuć, że ma kochones i nie da po sobie wiecznie skakać.

Wiadomo wszystko tu musi się opierać na dwóch głównych postaciach… bo nie ma tu innych! Poza kilkoma momentami, gdy pojawiają się inni ludzie. Czyli wszystko w tym filmie stoi na głowach i ramionach tych dwóch aktorów. Jak jakości Willema Dafoe byłem pewien, tak najbardziej byłem ciekaw jak aktorsko wypadnie Pattinson, człowiek który zasłyną byciem jednym z najbardziej tandetnych i dziadowskich wampirów wszech czasów w sadze dla ludzi smrodu „Zmierzchu”. Długi czas po tym kiblowisku nie mogłem na niego patrzeć inaczej niż z obrzydzeniem… do tego ten jego specyficzny wyraz twarzy i ogólna całościowa fizjonomia sprawiały, że produkcje z jego udziałem były dla mnie w pewnym procencie skażone zanim się zaczęły. Także ten… jednak w tym filmie dobrze go ucharakteryzowali i ten wąs sprzed dwóch wieków mu tu pasował. Dobra nie będę przeciągał czytelniczej struny – tak przyznaję to Pattinson potrafi grać! Pattinson nie jest tak kiepski jak uważałem przez lata! Naprawdę aktorsko wypadł tutaj świetnie i razem z Dafoe stworzyli iście teatralny duet na deskach kinowego ekranu.

Dzięki tylko dwukolorowości bardziej czuć odosobnienie tych mężczyzn na tej minimalnej wysepce, cały brud smród i ubóstwo jakie się z tym miejscem wiąże. Dołóżmy do tego ciężką pracę całodobową, odosobnienie, głód, brak jakichkolwiek rozrywek i zakaz spożywania alkoholu (choć wiadomo prędzej czy później nagina się go) i mamy prawie pełny obraz nędzy i rozpaczy jaka rozrywa dusze bohaterów. W trakcie przebywania tylko ze sobą muszą wreszcie się otworzyć i poznać bardziej niż chcieliby, a wszystko to w narastającym klaustrofobicznym klimacie zamknięcia w odbycie świata, gdzieś gdzie spotkasz tylko mocne wiatry, przelewające się nieczystości i mrok rozjaśniany tym jednym punkcikiem światła. Zaśmierdziało mi tu nawet Bergmanem, a i Lovecraftem! Poprzez ów mroczny klimat rozrywany przez rozmowy przy lampie naftowej podczas wieczornych posiłków. Wiadomo ludzie od wieków obawiali się ciemności, a już cisza wymieszana z ciemnością nie zwiastuje nic dobrego. Tutaj ciszę budują mocne dźwięki morza i syreny mgłowej, która brzmi niczym oznajmiające armagedon trąby. Takie odosobnienie i minimalizm bodźców sprawia, że umysł stara się ratować przed popadnięciem w obłęd. Jednak trzeba się mocno starać by w nim się nie zatracić. Z każdej strony cienie niosą za sobą skrywane w środku w Czesiu lęki, a do kolejnej zmiany warty na tej wysepce jeszcze kilka tygodni. W pewnym momencie czy tego chcą czy nie, muszą sobie w niewidzialny i nienamacalny sposób podać pomocną dłoń, by nie pójść o jeden most za daleko. Są niczym rozbitkowie na morzu, gdzie liczy się tylko przetrwanie – choć w ich wypadku jest pewien pewnik, rytm codziennej pracy by latarnia działała.

Odosobnienie, niedomówienia, zwidy majaki, fakty i mity, mrok i przebłyski, stary i młody. Bazujący na skrajnościach czarno-biały film z pokroju tych, które trzeba nie tyle obejrzeć co w pewien sposób przeżyć. Takie dziwne kino, które szaremu zjadaczowi popkornu nie przejdzie przez gardło. Wypełniony niepokojem i domysłami na temat tego co widzieliśmy, co się tam rozegrało. Niedomówienie światła i cienie…

2 uwagi do wpisu “Lighthouse (2019) – blaski i cienie, szepty i krzyki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s