Hancock (2008) – superbohater Smith

indeks

Gdy usłyszałem, że w kinach będzie kolejny film o superbohaterze wydałem z siebie jęk zawodu i dezaprobaty i zacząłem się zastanawiać, który to ach który z panteonu komiksowych postaci jeszcze się nie doczekał kinówki. Oczywiście przemyślenie było mocno żartobliwe, gdyż super postaci z historii obrazkowych są jeszcze miliony nie ruszone. I tu lekkie zdziwienie, gdyż ten bohater to świeża krew, żadna adaptacja. Zaciekawiła mnie ta produkcja, a odrobina cynicznego humoru z trailera zachęciła mnie do odwiedzenia filmowej świątyni.

John Hancock to superbohater o nastawianiu antybohaterskim. Ciągle chodzi i lata pijany, niechlujny wygląd i chamskie zachowanie – to jego znaki rozpoznawcze. Gdy po kolejnej udanej akcji zatrzymania bandytów niszczy mienie o wartości kilku milionów dolarów, opinia publiczna coraz głośniej domaga się sprawiedliwości i wiesza psy na Hancocku. W tej trudnej sytuacji pomaga mu Ray, facet od PR-u, który nawet z polityka starałby się zrobić człowieka. Chce pomóc w zmianie wizerunku supebohaterowi i odpłacić za uratowanie życia.

Muszę przyznać, że dawno żaden superbohaterzyna nie wzbudził u mnie tyle sympatii co facet zagrany przez Willa księcia z Bel Air Smitha. Nie jest to kolejna ciotowato poprzebierana postać rodem z komiksu, która co niedzielę uczęszcza do kościoła i przeprowadza staruszki przez jezdnię. O nie, Hancock taki nie jest, to typowy facet po przejściach i z problemami, na które ma uniwersalne lekarstwo – narąbać się. Radzi sobie jak może, czyli sobie nie radzi. Ciągłe pijaństwo, lekce sobie ważący styl bycia, zerowy szacunek dla innych podszyty nutką pogardy dla zwykłych śmiertelników, których ciągle musi ratować. Taka postać to coś ciekawego i nowego na firmamencie herosów filmowych. Akcje na kacu to wielkie i małe katastrofy w jego wykonaniu. Facet się stara pomagać, lecz robi to w tak niechlujny sposób, że na jedną osobę uratowaną przypada kilka rannych i kilka milionów strat materialnych. Will nieźle wczuł się w postać i jego wyczyny nabierały nutkę autentyzmu(o ile o czymś takim można mówić w odniesieniu do bohatera umiejącego latać i posiadającego super siłę). Inne role także zostały sensownie obsadzone, a zapamiętuje się przede wszystkim szkraba z pierwszej sceny budzenia Hancocka i Charlize Theron jako Mary Embrey.

To były plusy, a teraz minusy. Muzyka. Wiem, wiem stary jestem i się nie znam na hipo-hopowych i tym podobnych, ale te utworki-potworki w stylu „joł niga, joł niga, joł” to koszmar dla uszu. Scena lotu pomiędzy budynkami, a w tle takie raperskie zaśpiewki to połączenie porównywalne z lewatywą połączoną z wymiotami. Potem jest raz lepiej, raz gorzej z naciskiem na całościowe słabo. Efekty specjalne. Tutaj to już się nie popisali. Znaczy się ogólnie ogląda się nieźle, ale jak trafią się już kasztany to masakryczne, aż oczy bolą. Przede wszystkim widać komputerowo wykreowanego Willa podczas lotu czy też lądowania, to obrzydliwie gryzło w oczy jak dresiara na wychodnym w Operze Narodowej w białych kozaczkach, seledynowej spódniczce i ze złotą torebką. Tandeta. Całość dobijają pewne fabularne kwasy, gdzie człowiek już w trakcie seansu zaczyna się zastanawiać a) po kiego grzyba to zrobiono, b) po co wyjaśniają to i owo. Twórcy tego filmu, albo celowali w widzów w wieku 6 lat, albo uważają że wiele rzeczy trzeba łopatologicznie wyłożyć ciemnemu widzowi. Przecież zwykły, rozgarnięty 8-9 latek miał w swych rękach niejeden komiks i poznał już kulisy „powstawania” tego typu postaci.

Całość jako całość oglądało się nieźle, szybko mijający seans. Lecz znów mamy parę ale. Głównym ale są wątki dramatyczne i melodramatyczne, szczególnie rozwinięcie pochodzenia Hancocka. Wygląda to na zrobione na siłę, lecz choćby ponownego przejrzenia scenariusza przed oddaniem go do produkcji. Ten film spala się w tych melo i dramato scenach. Dodatkowo strasznie mało tu zabawnych sytuacji, które to prawie wszystkie zdradził trailer (jeden z grzechów głównych dzisiejszych produkcji). Pod tym względem liczyłem na dużo, dużo więcej, wszakże taka cyniczna postać powinna sprowokować scenarzystów do uciułania jeszcze kilku humorystycznych akcentów.

Dotarliśmy do końca tej recenzji. Osobiście poczułem się zawiedziony po seansie, choć podczas jego trwania poddałem się lekkości bytu tej produkcji. Taka postać zasługiwała na lepszą oprawę i to bez zbędnych hocków-klocków o powstawaniu supergatunków. I jak zwykle wyszło coś pomiędzy -ogląda się nieźle, ale każdorazowe uruchamianie mózgu podczas seansu przyprawia o ból głowy. Reasumując zmarnowany potencjał.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s