Pętla (2020) – Veguś nawrócony

Patryczek Vega ostatnimi laty jest w sztosie, nie że tak dobre filmy robi, tylko chodzi o to, że tyle ich produkuje i ciągle ma na to nabywców niezależnie od tematu za jaki się chwyci. Tym razem miały to być kulisy afery podkarpackiej. Przez cały ten pierdolnik z koronaświrusem zupełnie wypadło mi z głowy, że ma być we wrześniu premiera kolejnego jego filmu. Ale skoro się trafił… to byłem jako jeden z niewielu w kinie, a i jestem kinomaniakiem… dodajcie dwa do dwóch i wyjdzie – seans.

Początkowo oglądamy bliżej nieokreśloną abstrakcję kolorową na ekranie, a później niejako towarzyszymy w narodzinach głównego bohatera Daniela Śnieżka, potem widzimy jego trudne stosunki z ojcem (policjantem) i kolejne stopnie kariery mundurowej. Wreszcie dzięki zdarzeniu, w którym ukraińscy bliźniacy uszkadzają go, jego kariera przyspiesza. Zostaje oficerem Centralnego Biura Śledczego. Wpada w ciąg wydarzeń w półświatku sutenerów, które wiodą go ku bliżej nieokreślonej przyszłości.

Zacznijmy od tego co zawsze – Vega nie umie w fabułę. Są tu sceny nawet nadające się do użytku, ale całość znów wygląda jak ledwo sklecona i zlepiona w kiblu na kolanie podczas robienia loda. Pełno tu scenek z działalności burdelu, gdzie odbywa się pewnego rodzaju burleska na niskim poziomie. I te sceny są strasznie długie w porównaniu do scen choćby ze słynnym bokserem Dawidem „Cyganem” Kosteckim, których jest niewiele i są one tak na odpierdol. Cały wątek tego pięściarza nadawałby się na oddzielny film, a tu jest takim w sumie mało istotnym dla fabuły momentem… może poza scenami z żoną Cygana (if ju noł łot aj min).

Oglądamy sklecone sceny pod pretekstem przedstawienia afery podkarpackiej i jak to u Patryczka górnolotnych tekstów, że on całOM prawdEM powie. Że będzie tu więcej niż można było podejrzewać. I dostaliśmy więcej dupeczek na metr kwadratowy filmu niż można się było spodziewać nawet po Vegusiu. Fakt i to niezaprzeczalny, że większość z nich posiada świetną figurę itp. szczególnie panie z burdeli i tancerki w klubie, acz jeśli chodzi o dopracowanie choreograficzne wyglądało to tak jakby miały około 20 minut na przećwiczenie układu i kręcimy. Wiadomo jak to u wielkiego rezysera (pisownia zamierzona) najmniej zapłacić szarym żuczkom by potem móc wozić się w Dolcze Kabanosach na pokazach premierowych. Blichtr musi być, inaczej Vega dostałby jakieś wysypki na pośladkach od spięcia dupy, że za dużo ludziom zapłacił i wszystko jest fair trade.

Ale wracając do fabuły – jest tu coś takiego, wiadomo ledwo sklecone, ale jest. Jak to u Patryczka, mnóstwo zbędnych scen z seksami. W pewnym momencie to poza scenami ruchańskimi nie ma absolutnie nic, potem pojawiają się opcje z seksami w klubie głównego ziomeczka i jego kumpli bliźniaków, które mają sens dla dalszych losów fabuły. Jednak to wyjątek potwierdzający regułę. W co drugiej scenie wiadomo – kultowe bluzgawkowe linijki tekstowe mające stać się kultowymi, oraz ciągłe szczucie cycem (nie będę narzekał na jakość, bo całkiem fajne się tu pojawiają). Czyli norma Vegi bluzgi, ruchańsko i napierdalanie się.

Patrzyłem na to co się dzieje na ekranie i kurde był moment tak około 30 minutowy, gdy pomimo że na ekranie kręciły się całkiem fajne dupeczki zaczęło mi się to nużyć! Nic się nie działo poza kolejnymi zaliczeniami wschodnich panienek, które ochoczo świeciły całkiem zacnymi kuperkami przed swymi pracodawcami (pracodawcami w filmie i tymi co je zatrudniali do filmu). Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek na dużym ekranie będzie mnie nużyło skumulowanie seksów… I muszę tu oddać cześć i chałwę Patryczkowi – udało ci się ziomek, miałem dość oglądania scen seksu choć oglądam niemieckie i japońskie fikoły i filmy przyrodnicze, które potrafią być mocno posrane.

Pojawiło się tu też kilka osób, których wystąpienie było istnym żartem z widza pod względem umiejętności aktorskich na poziomie „Trudnych spraw” czy „Jaka to melodia”. W oczy najmocniej kłułje nabotoksowana blondyna w bliżej nieokreślonym wieku z powodu nadmiaru rzeczy jakie robiła sobie z twarzą, której imienia i nazwiska nie znam. Dostała niewielką, acz istotną rolę ale robiła z nią to co obsada „Ukrytej prawdy”. Znów występ Katarzyny Warnke, której wystąpienia na ekranie znów są mocno creepy i cringowe. Reszta wiadomo bez zmian, od paru aktorów których znów postanowił wykorzystać do obsłużenia kolejnego swego wielkiego dzieła.

I w sumie byłoby to po prostu nieudane podejście do afery podkarpackiej, gdyby nie ta cała końcówka! Nie! Nie, nie bójcie się! Wcale potem nie, że zrobił mega woltę i wyszedł zajebisty film, bo do tego od „Pitbulla” nadal mu daleko. Ale to co odjebał na koniec… dobra, zdradzę wam SPOILER te pierdoły religijne, prawie że dojście do zbawienia! Można to już było zauważyć podczas rozmowy online na Kanale Sportowym na jutubie, gdzie gadał o swym powrocie na łono kościoła, powrocie do boga i jego wielkiej wierze w niego i chęci przeproszenia za to co zrobił wcześniejszymi filmami różnym ludziom KONIEC SPOILERA. Tego po Patryczku chyba nikt się nie spodziewał, że uderzy w takie tony, udało się mu mnie zaskoczyć.

Czy warto uderzać w pandemicznym czasie do kina? Tak, ale na pewno nie na film Patryczka Bez Nazwiska Vegi. Same fajne laseczki to za mało, lepiej sobie odpalić coś z Kimmy Granger…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s