Przyjeżdża orkiestra (2007) – samotność między narodami

Kameralne kino, to taki niedzisiejszy wytwór. Dziś trzeba robić wielkie, ogromniaste widowiska dla mas, które mają zarobić na kolejny film (może nawet i czasem nawet ambitniejszy, ale to rzadki przypadek wręcz niespotykany). Bywa i tak, że takie spokojne dzieła przechodzą bez należytego im rozgłosu i uwagi, pojawiają się nawet w kinowych supermarketach, sieciowych molochach. Lecz to tylko wyjątki potwierdzające regułę, a reguła ta jest na tyle silna, iż wręcz uniemożliwia wypłynięcie na szersze wody ciekawych filmów z tych mniej znanych stron świata i ma to miejsce od dawien dawna. Na szczęście parę ciekawych festiwali odbywa się w naszym kraju, a rodzimi dystrybutorzy coraz uważniej oglądają pokazywane tam dzieła. Najczęściej swoją szansę otrzymują zdobywcy nagród, cóż przynajmniej mamy szansę obejrzeć te uznane i nagrodzone tytuły.

Ten film miał okazję być już prezentowany w naszym kraju podczas Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Nie trafiłem wtedy na seans (w 2007 roku), ale odrobiłem zaległości, gdy ów tytuł wszedł do dystrybucji w roku kolejnym. Filmy nagradzane (nawet przez publiczność) mają okazję pojawić się szerszemu gronu widzów. „Przyjeżdża orkiestra” to kameralna opowiastka o egipskiej, policyjnej orkiestrze wykonującej tradycyjne utwory ze swej ojczyzny. W swych wędrówkach trafiają do Izraela. Przyjeżdżają na zaproszenie „punktu” kultury arabskiej. Jednak los popycha ich ku innej miejscowości (różniły się one jedynie pierwszą literą). Trafiają na prawdziwe zadupie, gdzie diabeł mówi dobranoc, a tubylcy ogarnięci są obezwładniającym wręcz marazmem. Jednak są tu życzliwi ludzie i starają się pomóc zagubionym arabom.

Lekka komedia o wielorakim kontekście, który aby w pełni ogarnąć pewnie musielibyśmy się urodzić w Egipcie bądź w Izraelu. W pamięci i życiorysach wielu osób z tych państw jest wojna, jaka miała miejsce w latach czterdziestych pomiędzy tymi krajami. Dodatkowo warto by, choć po łebkach zaznajomić się z kulturą obu narodów by wyciągnąć odpowiednie wnioski z niektórych scen. Zabarwienie komediowe jest tu bardzo delikatne, subtelnie bez narzucania się widzowi. Takie pierdnięcia kolibra. Tutaj jest miejsce raczej na uśmieszek niż śmiech pełną gębą. Taka komedia do oglądania przy butelce wina i desce serów pleśniowych oczywiście wszystko halal, koszerne i obrzezane.

Przenika z każdej ze scen ogromna i wszechogarniająca samotność. Osamotnieni muzycy, pozbawieni należytej informacji o miejscu, gdzie mają dotrzeć szybko tracą rezon. Każdy z tych egipskich policjantów jest pozostawiony samemu sobie i to nie w wielce szlachetnych sytuacjach (typu przed bogiem), ale samemu sobie w konfrontacji z napotykanymi trudnościami dnia codziennego. Szef orkiestry słabo nadaje się do kierowania grupą szczególnie, gdy pojawiają się jakiekolwiek problemy. Błąd w wypowiedzeniu nazwy miasta w kasie autobusowej (która różni się tylko jedną literą) zaprowadza ich na zupełne odludzie, do miejscowości oddalonej wiele kilometrów od docelowego miasteczka, gdzie byliby zainteresowani występem ludzie.

Samotność wyziera z każdego kąta miejscowości, do której trafiają. Spotykają ich tam osoby żyjące we własnym świecie, często wypchnięte poza margines (lekkoduchy sprzed baru, bardzo nowoczesna właścicielka restauracyjki). Idąc dalej tym tropem zauważymy wyobcowanie cudzoziemców, ale także samotność mieszkających tu od niedawna Izraelczyków, których żaden z sąsiadów nie lubi. Widać jak bardzo współczesny człowiek jest wyobcowany, a szczególnie tam – w owym tyglu kultur bliskowschodnich. Przecież i żydzi i arabowie mają ze sobą dużo więcej wspólnego niż widać to w codziennych wiadomościach. Łączy ich tak wiele, jak wiele ich zaczęło dzielić. Powstają przepaści, których nie da się już zasypać. Jednak zwykli, prości ludzie potrafią szybciej, łatwiej i prościej zaakceptować innowierca niż reprezentujący narody przywódcy polityczni czy też religijni.

Zdecydowanie warto zapoznać się z tym przejawem bliskowschodniego kina łamiącego nieco schematy i standardy. Gdzie akcja jest tak szybka jak lipcowe popołudnie spędzone w cieniu dębu na hamaku z napojem chłodzącym w dłoni. Tutaj nie o akcję chodzi, a o miłe spędzenie czasu oraz rozmyślania jakie mogą podczas owego miłego spędzania się pojawić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s