Diabeł wcielony (2020) – prowincjonalne zło

Ogrom złą jaki nas otacza jest przerażający. Gdzie nie spojrzeć dzieje się jakieś skurwysyństwo i nie mówię tu nawet o działaniach możnowładców tworzących naszą rzeczywistość. Każdy z nas ma dużo więcej złego uczynionego na koncie niż chciałby się do tego przyznać. Wiadomo okazja czyni możliwości, ale często sami owe możliwości stwarzamy byleby móc wypuścić zło na zewnątrz. Jednak jako przykładni obywatele raczej to co tam kipi w środeczku, w czesiu nie uwalniamy, nie dajemy przejąć mu kontroli. A co by było, gdyby wielu ludzi miało na to wywalone i robiło ci się im żywnie podoba, zgodnie z tym jak widzą świat? Gdyby kierowali się swymi religijnymi perwersjami? Zobaczmy.

Rzeczywistość amerykańska tuż po wojnie. Młody człowiek, który powrócił z wojny, gdzie walczył na Pacyfiku na Wyspach Salomona z Japończykami, na jednym z patroli trafia na ukrzyżowanego zmasakrowanego żołnierza, którego dobija gdy okazało się że jeszcze daje oznaki życia. Wracając w swoje rodzinne strony zatrzymuje się na obiad, gdzieś na zadupie w Stanach dzięki przypadkowi siada w restauracji przy kontuarze i dzięki temu poznaje rudowłosą dziewczynę. W rodzinnym domu powraca do niego wizja Millera Johnsa, gdy patrzył na obraz z Jezusem niosącym krzyż. Rano do kościółka, gdzie matka przeprowadza swe czary-mary usadzając koło niego Helen Hatton, gdyż obiecała bogu, że ohajta ją ze swoim synem jeśli wróci żywy z wojny. Jednak w jego głowie była nadal rudowłosa dziewczyna z baru. Natomiast Helen Hatton zabujała się w pastorze.

Traumy wojny, do tego biedna rzeczywistość małomiasteczkowa, gdzie syn Willarda jako jedyny nie spokrewniony z nikim w tej okolicy jest ciągle bity. Powrót do boga, rozmów z nim i tego porypania religijnego, gdzie wierzysz, że im bardziej będziesz się modlić tym bardziej to może. Nawet w przypadku umierającej na raka małżonki. Łapie się wszelkich porypanych opcji byleby prośba dotarła do boga. Nie tylko on ma dziwne pomysły odnośnie religijnych spraw, to samo pastor Roy Laferty, który po ugryzieniu przez pająka przez 40 dni siedzi w szafie zbliżając się do boga, a nawet słyszy go. I wpada na psychopatyczno-demoniczny pomysł, jak na religijnego zjeba przystało. Jednak w tym filmie nic nie jest tak proste jak się wydaje… SPOILER SPOILER Bo tutaj karma is a bicz i okazuje się, że Roy niedługo po dziabnięciu żony naostrzonym śrubokrętem i nieudanej próbie jej wskrzeszenia trafia na dziwną parkę… Chcą by pobawił się z Sandy, a w tym czasie jej mąż Carl strzeli parę fotek. Morderca zostaje zastrzelony przez to psychopatyczne małżeństwo. KONIEC SPOILERA Ale to nawet dopiero preludium zła jakie dzieje się na świecie i otacza małe społeczności. Arvin trafia pod opiekę babci po tym, jak jego ojciec nie wyrobił po śmierci żony. Tutaj dorasta mając u boku Lenory, której rodzice (pastor i Helen) zginęli przed laty. Jedno ma w dupie boga, drugie staje się małoletnią dewotką. Ekstrema małomiasteczkowe.

Wszyscy mają boga na ustach, ale diabła w sercach. Tak można opisać zaprezentowany świat w tymże amerykańskim świecie. I nie chodzi tu o to, że złym jest spuszczenie wpierdolu kutasiarzom co lubią się znęcać nad słabszymi, czy chronienie bliskich każdą możliwą dostępną metodą. To nie to. Bardziej o skurwieli co sobie bogiem mordy wycierają i pod jego płaszczykiem czynią zło, które przez to iż są „głosicielami boga” popełniają zło dużo większe swymi złymi czynami. Patrząc na zaprezentowany świat powojenny w stanach, trzeba przyznać, że dużo posranego badziewia mogło się tam wydarzyć i nie wypłynąć na światło dzienne. Wygląda jakby dużo większa ilość świrów, psychopatów i popieprzeńców w tamtym czasie wyszła na światło dzienne. I wypuszczali swe demony dużo częściej niż dałoby się to współcześnie działać. W sumie brak tu jednoznacznie pozytywnego bohatera, nawet bogobojna młoda dziewczyna Leonora popełniał czyn zakazany. Arvin próbuje w tych ciężkich czasach trzymać się pewnego kodeksu honorowego – jednak jest w nim ogrom miejsca na przemoc w stosunku do skurwieli, którzy prześladowali dziewczynę, jak i dla pastora mendy społecznej. Na jego drodze przez życie, czy tam boga (wybierz sobie wedle uznania) rzucane są kłody, od których niejednemu strzaskało kręgosłup.

W tym filmie starania by bliskim było dobrze są równomiernie wymieszane ze złem jakiego się dopuszczają w imię boga. Tak zawsze i wszędzie działo się na wielu frontach i wojnach, jednak czym innym jest wprowadzenie tych urojeń w życie codzienne małych miasteczek amerykańskiej prowincji. Tu nie ma jednego bohatera, raczej są to opowieści wokół pewnej rodziny. I całego zła i gówna, jakie tylko może spotkać ludzi w różnym wieku. Oparty o książkę Donalda Raya Pollocka obraz skupił się na rozpierdusze: gwałty, morderstwa, pedofilia, psychopaci, kazirodztwo, wszelkich patologiach. Wiadomo Netflix lubi epatować złem, a jednocześnie być pojebańczo poprawny politycznie, więc w tym filmie nie ma ani jednej czarnoskórej postaci coby nikt ich o rasizm nie zaskarżył. Złapano się za ciężką książkę, wyciągnięto z niej przede wszystkim to co się dobrze sprzedaje i w sumie patrząc na film, który był całkiem ok, jednak z mocno spłyconymi postaciami widać, że lepiej jakby Netflix uderzył w zrobienie z tego serialu.

Ciężkie niczym gulasz danie filmowe, gdzie patolodżia wychyla swe łby z każdej szczeliny drewnianej chaty zwanej małomiasteczkowy świat USA. Wielu aktorów i to całkiem dobrych dostało za mało czasu by w pełni zbudować wielopłaszczyznowość swoich postaci, przez co nieco się człowiek od nich odbija. Nie chce się wejść w skórę głównych postaci przez cały czas widzimy, że tu jest miejsce tylko na zło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s