W lesie dziś nie zaśnie nikt 2 – Wie-nia-wa go-ła

Skoro powiedziało się A, to można powiedzieć B – stara zasada produkcji wysokobudżetowych w kinie. Jak widać Netflix też idzie tym tropem, bo wiadomo ludziom „podobają się melodie, które już raz słyszeli” jak mawia inżynier Mamoń. Skoro pierwsza część „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nawet się udał i według mnie pozytywnie zapisał się na kartach produkcji wi oł di (od tłumacza dla niekumatych: VOD), to poszli za ciosem, czytaj za kasą i wyskrobali część drugą. Znając życie za pewne nie ostatnią. Cóż z braku polskich horrorów (poza orędziami noworocznymi prezydenta: odkąd sięgam pamięcią był to istny horror wciskania kitu, niezależnie z jakiej partii był ten kłamca) nawet ten rak może być rybą… a może to nawet nie rak, a choćby karp? Tego dowiesz się z poniższej jakże bezczelnie nieobiektywnej (bo ludzki obiektywizm pszczółki moje kochane nie istnieje, a jak ktoś twierdzi, że istnieje to kłamie) recenzji na kolanie pisanej w przerwie pomiędzy meczem, graniem, a spaniem.

W początkowej sekwencji oglądamy mokry sen młodego policjanta, gdzie to przy pomocy służbowej broni oraz szotgana rozwala wampiry i uwalnia dzierlatkę, później się okazuje koleżanką z pracy. Po przebudzeniu jednak czeka na niego szara i gówniana jak na gówno przystało rzeczywistość młodego policaja w Polsce. W drodze na posterunek ma kupić dwa hot dogi z musztardą i keczupem oraz z sosem tysiąca wysp. Oczywiście dojeżdża rowerem, bo to nie „Policjanci z Miami” czy inne dofinansowane służby. Po przybyciu i odstawianiu faux-pas z koleżanką zastaje w jednej celi dwóch mutantów, a w drugiej Wieniawę… znaczy się Zosię Wolską po przejściach. Sierżant wyjaśnia, że dziewczyna ma coś pojebanego w oczach, że zabiła grubasa, który zabił jej znajomych maczetą, a drugiego autem. Ale obydwa grubasy żyją i do tego siedzą w celi obok. I sierżant Waldemar Gwizdała zabiera Wieniawę… znaczy Zosię na wizję lokalną na miejsce zbrodni. Po chwili zaczynają gonić go jelita po zjedzeniu hot dogów, zanim udaje się do sławojki przykuwa Wie… Wolką do łóżka kajdankami, a pod łóżkiem znajduje się ów meteoryt. Ten o którym wiemy z części pierwszej…

Początkowa akcja ze snu, gdzie mamy nawiązanie do słynnej sceny z „Indiany Jonesa: Poszukiwacze zaginionej arki” nawet była zabawna. Potem jedziemy dalej na zabawności od produkcji hot dogów ala żabka, czy orlen w wioskowym sklepiku po kretyńskie zachowaniami sierżanta z zadupia. Potem nieco gore, znów opcje zabawne, gdyż to koleś jest tym bardziej pierdołowatym. A ujęcie zza koguta, gdy jadą przez las przypomniała mi zajebisty serial „Brygada specjalna” z nieodżałowanym Leslie Nielsenem. I nagle kolejne orły… chłopacy (pisownia za filmem) z obrony terytorialnej. Czyli mocno przerysowani gamonie z baraku. Jeszcze Oliwier… znaczy Oliwieł z obozu robiący iście psychoanalityczny wywód kozetkowy przed… prostytutką, przecież nie przed psycho-loszką czy inną panią psychiczną znaczy psychiatrą. Potem policjantka Wanessa… ło matko jak mnie ta Zofia Wichlacz irytowała i wkurzała swoją rolą… Do tego postać Adasia Adamca… tak infantylnie kretyńska, że już po drugim pojawieniu się przez niego na ekranie podczas seansu miało się go chęć odesłać na ławkę rezerwowych, a jego koleżankę policjantkę na trybuny. O matko… im dalej w las tym więcej butelek i to pustych. SPOILER SPOILER SPOILER Akcja z zasadzką, gdzie prostytutka jest przynętą, ożeż matko! Dawno nie widziałem gorszego pomysłu na scenę dorwania potwora. Tu nawet nie chodzi, że to była kiepska zasadzka (to też), ale zrobienie tego od strony fabularno-wizualnej. Do tego te tragiczne efekty odnośnie strzałów, jak i wyrywanego.. przełyku? przez otwór gębowy. Kto kurwa uznał, że to wygląda realnie i nadaje się do puszczenia jako efekty specjalne? Tocz wytwórnia Troma miała lepsze dziesiątki lat temu. W domu robiłbym efekty specjalne i zrobiłbym je lepiej. KONIEC SPOILERA

Jako horror wypada źle, a nawet bardzo źle, ale jako komedia romantyczna już dużo lepiej. Na pewno o niebo lepiej niż filmy o miłości z Karolakiem czy człowiekiem, który zagrał papieża Piotrem Adamczykiem. Dylematy zakochanego mutanta… powinni to wypuścić na walentynki nie na halołiny! Do tego scena seksów z Wieniawą! Ła ła łi ła, że zacytuję Borata, jest otro, to nie żadne banalne mizianki w biustonoszu pod prześcieradłem jak w większości polskich scen łóżkowych. Tutaj jest grubo! I nie każdy da radę pod to sklepać, pomimo że to Wieniawa.

Podsumowując – kiepskie postacie, jeszcze gorsza gra aktorska, fatalne efekty specjalne w wielu momentach, gówniana oś fabularna jakby napisana przez scenarzystę po dziesięciu last kolach od płacącego za scenariusz producenta podczas kilkugodzinnej sraczki. Nawet przez moment nie ma się wrażenia, że mogło się to przydarzyć – i nie chodzi o moc z kosmosu w meteorycie, tylko resztę wydarzeń. Oglądać tylko jako komedię romantyczną, bo jako horror nie nadaje się do spożycia nawet pomimo spożycia… choć jako śmiechawka w najebanym gronie mógłby to być seans wieczoru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s