Pogromcy duchów: Dziedzictwo (2021) – komedia dla boomerów

„Pogromcy Duchów” to jeden z tych genialnie prostych filmów mego dzieciństwa, który oglądało się jeszcze w epoce wideo wielokrotnie, zawsze dobrze się przy tym bawiąc. Pomysł o kilku nieudacznikach zawiązujących „spółkę” by pracować przy wyłapywaniu duchów we współczesnym Nowym Jorku, jeżdżących charakterystycznym autem a jest to Cadillac Fleetwood z 1959 roku odpowiednio przerobiony i pomalowany. Auto, które jest równie cholernie ikoniczne z mojego dzieciństwa jak Dodge Challenger 440 R/T z 1970 roku z „Znikającego punktu”, jak i Ford Falcon XB GT Coupe 1973 „V8 Interceptor” z „Mad Maxa” czy Polonez z serialu „07 zgłoś się”. Film ten połączenie komedii, odrobiny fantastyki z duchami w roli głównej i akcji. Takiej kombinacji wtedy żadne kino nie opierało się zbyt długo. A utwór użyty w tymże filmie ze słynnym zwrotem „Who can you call? Ghostbusters!” to po prostu wpadający na długo w ucho samograj. Do tego zatrudniona czwórka aktorów Dan Aykroyd, Bill Murray, Harold Ramis i Ernie Hudson to świetne połączenie aktorów na fali, jak i tych nieco mniej znanych. Po prostu bez nich nie ma „Pogromców duchów”! Powstały dwie części w zamierzchłych jak dla współczesnego nastolatka czasach, bo ponad 20 lat zanim byli jajeczkiem i plemnikiem mającym się do się. Potem powrócono w produkcji „Ghostbusters. Pogromcy duchów” – tak nasi tłumacze popisali się, ktoś przypomniał sobie jak się to tłumaczy, ale zapomniał zmazać angielski oryginał i tak powstał tytuł łączony. A film ten wyglądał niczym wyprodukowany przez Netflixa – bo femin power, obowiązkowe akcenty innych kolorów skóry niż biały i postacie takie by można było mieć pewność, że któraś lubi seks z drzewami czy coś w ten deseń. Przykro było patrzeć, że takiego kasztaniota zrobiono z jednego z ulubionych filmów mego dzieciństwa (miałem takich ulubionych już wtedy kilkadziesiąt, jak nie więcej – bo ja nie mogę wybrać tylko jednego jak psychopaci). I tu nagle okazało się, że jest kolejna część… jako że przez ostatnie kilkanaście lat coraz rzadziej rozglądam się za tym co mają wyprodukować, bo mogę tego nie dożyć, skupiam się na tym co akurat jest w kinie. I trafiło się ślepiej sarnie ziarno – pasowała godzina, ucieszyła się rodzina, opustoszała ma jaskinia gdy udałem się do kina.

Gdzieś na zadupiu świata, czyli amerykańskiej wsi widzimy pościg bliżej nieokreślonego czegoś za jakimś typem w aucie. Ta moc goni go przez pola, aż do wywrotu auta. Mężczyzna ucieka pieszo dopada do swego domu i oczekuje, by sprowokować demoniczne siły podnosi w ręku pełną pułapkę na duchy. Wtedy już wiemy, że mamy do czynienia z Pogromcą Duchów, Ghoustbusterem. Okazuje się, że wciągnął demoniczną istotę na pole przed domem, które całe jest jedną, wielką pułapką na duchy! Ale tu szczęście go opuszcza, maszyneria nie wytrzymuje aż takiej mocy prądu, jaka jest potrzebna do odpalenia poprawnie sprzętu. Ucieka do domu, gdzie siada na fotelu chowając uprzednio złapanego w pułapkę ducha do schowka. Oczekuje na nadchodzący nieuchronnie zgon. Dalej akcja przenosi nas do domu córki zmarłego, gdzie dowiadujemy się, że jest samotną matką dwójki dzieciaków w różnym wieku i kiepsko sobie radzi finansowo. Akurat zostaje wywalona z mieszkania za nieopłacony czynsz, więc chętniej przenosi się by pozałatwiać sprawy związane z domem jej ojca. Zabiera ze sobą córkę Phoebe, oraz syna Trevora na to zapomniane przez boga wygwizdowie. Okazuje się, że doktor Egon Spengler znany tam był jako samotny dziwak. Poza rozpadającym się domem, działką i szopą otoczoną złomowiskiem nie pozostawił nic… poza długami. Tak się wydaje na pierwszy rzut oka, ale im dalej w las tym więcej butelek.

Dobra widzę, że masz już dość czytania, bo przecież ile można pieprzyć o jakimś filmie o duchach i staruchach. To przechodzę do meritum. Ten film jest przynajmniej dwa razy lepszy niż „Ghostbusters. Pogromcy duchów” z 2016, który był po prostu nudny, badziewny i beznadziejny. A sam pomysł by wrzucić tam tylko kobiecą obsadę jako ghoustbusterów… zwiastowało porażkę od razu, bo ten film musi być komediowy… a z zatrudnionych pań tylko jedna czasami bywa zabawna. I kolejna rzecz młoda Mckenna Grace jako Phoebe i pod względem styluwy, charakteryzacji a i kreacji aktorskiej wypada o lata świetne lepiej niż panie z poprzedniej części czyli łącznie Melissa McCarthy, Kristen Wiig, Kate McKinnon i Leslie Jones. Ona po prostu wygląda niczym krew z krwi wnuczka Egona Spenglera! Brawa dla tej osoby co ją zatrudniła do tejże roli.

Efekty specjalne wyglądają nieco stylizowane na te znane staremu widzowi z dwóch części „Pogromców Duchów”. W sumie ani ziębią, ani grzeją. Po prostu są jako znak czasów. Bardziej grzeje UWAGA SPOILER UWAGA SPOILER widok „wskrzeszonego” z martwych Harolda Ramisa, który zmarł w 2014 roku. Wreszcie możemy zobaczyć to na dużym ekranie o czym mówiło się od lat, że za chwilę mogą powrócić nieżyjący aktorzy jako awatary, swoiste wizualizacje. Tutaj jeszcze bez dźwięku, głosu zmarłego, ale widać postęp kolego. KONIEC SPOILERA Takie o to rzeczy się już dzieją na naszych oczach, po prostu zdumiewające. Tutaj to akurat bardziej oddany hołd aktorowi grającemu Egona Spenglera, ale za chwilę tylko by nabijać kabzy producentom szeklami. Ale zejdźmy z tego nieprzyjemnego tematu na resztę tego filmu. Otóż udało się całkiem sensownie połączyć te akcenty komedii, fantastyki i kina familijnego by powstał film, który bez zażenowania można obejrzeć całorodzinnie i nie będzie to czas w pełni stracony. Ot powrót do szczenięcych czasów, gdy każdy taki film to było wydarzenie na podwórku i rodziły się z niego kolejne zabawy w ekipę z danego tytułu. Fajnym akcentem jest tu nawiązanie do części pierwszej, gdzie pojawił się ogromny Piankowy Marynarz i połączenie tego ze starym żartem „z kim byś wolał walczyć z kaczką wielkości konia, czy setką koni wielkości kaczki”. Proste? Proste! Ale wypadło nawet zabawnie.

Żeby się już zbędnie nie rozpisywać, bo to aż tak dobre kino nie było i nie ma co rozkminiać każdej roli młodocianych i wspominać że Finn Wolfhard znany jest z „Stranger Things”, a Olivia Wilde czyli Gozer, to Trzynastka z „Dr Housa” w tym miejscu zakończę. Otóż jest to całkiem udany powrót do przeszłości (o przypomniał mi się kolejny ikoniczny samochód DeLorean DMC-12 z „Powrotu do przeszłości”), da się oglądać bez zażenowania, także do kin.

2 uwagi do wpisu “Pogromcy duchów: Dziedzictwo (2021) – komedia dla boomerów

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s