Matrix Zmartwychwstania (2021) – od zmartwychwstania do zakochania

Ależ Matrix namieszał w kinowym i nie tylko światku… Wręcz wyznawcy tego filmu stwierdzili, że świat należy dzielić na ten przed Matrixem i po Matrixie. I w wypadku części pierwszej można z czystym sumieniem napisać o kultowości tegoż tytułu, gdyż dziesiątki filmów, komiksów, książek, sztuk teatralnych, gier komputerowych, obrazów i co tam jeszcze sobie chcesz zostało zagarnięte przez macierz. Bracia Wachowscy (wtedy jeszcze bracia, bo dziś to siostry – tak ta technika idzie do przodu…) zrobili rozpierdol w kinie i nie tylko. Sam pamiętam że w nieistniejącym już klubie Quo Vadis w pewnym momencie ciągle zapożyczane były klimaty matrixowe od długich płaszczy i okularów przeciwsłonecznych obsługi po wyświetlane motywy i muzykę. Kolejną ciekawostką jest, że autorzy przyznawali się do inspiracji anime „Ghost in the Shell”, ale nawet się nie zająknęli odnośnie podpieprzenia Adamowi Wiśniewskiemu-Snergowi z opowiadania „Anioł przemocy”, które to zostało wydane w latach 70-tych w USA. Ale wiadomo w Stanach Zjednoczonych na kradzionych pomysłach robili kariery tacy współcześni guru jak choćby Steve Jobs. Ale o tych dywagacjach nie dziś, nie dziś – czas na akcję!

Powracamy do Matrixa. Thomas Anderson pracuje jako twórca gier komputerowych u Smitha. Jednak zamiast szlifować najnowszą część, cały czas grzebie w kodzie pierwszej gry, która wyrobiła mu markę i nazwisko. Jego przyjaciel Jude stara się przypominać Neo… znaczy Thomasowi, żeby przeszedł do tu i teraz i martwi się czy nie ma znów złych dni. Od czasu do czasu chadza do swego psychoanalityka, który przepisuje mu tabletki do regularnej konsumpcji by nie gubił się w myleniu prawdziwych odczuć z tym co stworzył w grze. W sumie żyje niczym mnich… zero alkoholu, dragów, ani lachonków. Robota nad grą, codzienności pracy, spotkania z psychoanalitykiem, czasem wyjście na kawę z kumplem… I właśnie na takim wyjściu na kawę wydarza się coś co zmieni świat. Otóż od jakiegoś czasu widuje w kawiarni atrakcyjnego milfa. Jude chce pomóc kumplowi z nieśmiałością Thomasa i podbija w jego imieniu do podobającej się mu kobiety. Zażenowany Anderson podchodzi i wita się z jak się okazuje Tiffany, która mocno przypomina mu wykreowaną w grze główną postać kobiecą. Jednak z nieba do piekła, gdy już chce zaprosić na kawę podbijają dwa gówniaki – syn i córka Tiffany, a po chwili wkracza jej mąż. Marzenia senne właśnie spadają na samo dno rowu mariańskiego… Thomas jest coraz bliższy załamani… a tu jeszcze okazuje się, że oryginalny kod źródłowy gry „Matrix” został wykasowany przez szefa…

Tak misiaczki, pozbawiony kochones i penisa imć Wachowski dziś Lena Wachowska poszedł w sentymentalizm… wręcz srentymentalizm. W tym filmie niewiele pozostało z tego czym był Matrix dla pokoleń, które miały okazję zobaczyć go na dużym ekranie, albo nie mogąc wytrzymać oczekiwania ściągając na torrentach by obejrzeć niedługo po amerykańskiej premierze. Wielu rozjebało to mózgi i zaczęli rozkminiać czy to co jest wokół to prawda czy ułuda. I w sumie jeśli spojrzeć na to jak najbardziej obiektywnym filozoficznym okiem… to zmysły, jak i pamięć robią nas w konia. Ale nie o tym, nie o tym. Ta kolejna część wygląda niczym film o miłości, romantycznej takiej że. Wszystko kręci się wokoło Thomasa Andersona i Tiffany, ale to wszystko wszystko! Przez większość czasu nie ma tu tego z czego Matrix słynął czyli cyberpunkowego świata połączonego z akcją i nowatorskimi rozwiązaniami filmowymi. Niby przez moment robią nas w człona, że niby Thomas Anderson dostał pierdolca i wszystko to co oglądaliśmy w poprzednich częściach to bajania zrypanego łba typa co potrzebuje stałej opieki psychiatrycznej.Lecz widz bierze też niebieskie tabletki i wie, że jak konar zapłonie to zadurzy się w każdym lachonie, a cały świat niech w eksplozji zmysłów płonie. Ale to nie tu, bo tu to raczej o miłości i sentymentalizmie… ale takim wybiórczo specyficznym. Często w sumie pokazuje się tu urywki z pierwszego Matrixa, ale jakoś nie zabrano na pokład jedynego, słusznego Morfeusza i agenta Smitha… nie ma Laurence’a Fishburne’a, ani Hugo Weavinga (swoją drogą ten kot załapał się na dwa fantastyczne rozpierdalacze świata fantastyki bo zagrał i w Matrixie i we Władcy Pierścieni) i nie ma Miłosza, ale o tym w filmie cicho-sza.

Oglądamy film, który ciężko skategoryzować… znaczy się chciałem użyć innego słowa, ale to przyszło mi do głowy pierwsze, a że moje recenzjo-opinie są specyficznym wyrzygiem myśli na kartkę… ekran komputera, gdzie to od a do z zapisuję co mi ślina na język i palce i musk ściąga z wszechświata myśli by poprzez łącze z tą rzeczywistością, w której to czytacie móc to przeczytać. Chyba w miarę jasno opisałem. Ale wróćmy do skategoryzowania czy bardziej umiejscowienia w ramach nie tyle stylów filmowych bo tu wiadomo fantastyka w odłamie zwany sf oraz akcja. Bardziej chodzi o to, że czy to jest na serio czy trollowanie widzów? Bo nie podejrzewam, że mający już dorosłe dzieci maniacy Matrixa dziś skoro wyszła ta najnowsza część wybudzających się z matrixa codziennego zapierdzielania na miskę ryżu w chujowej robocie w pełni łykną to co nam Lana podała. Nowy film, który w gruncie rzeczy mega oparty jest na pierwszej części i do niej powraca co chwila i chwileczka, mocno wypatroszony z oczekiwań widza, widza fana Matrixa, a zapchany silikonem udającym prawdziwą pierś mega ciekawego pomysłu filmowego. Co tu się odpierwiaszczyło, że macież nie zadziałała i wynik jest w sumie nieznany? Ja cały czas czekam na hasło reżysera… reżyserki że to taki dżołk, mały bulszicik i pogrywanie sobie sentymentem, znanymi postaciami, aktorami po prawie 20 latach, może Carrie-Anne Moss już nie jest tą super laską w obciślaku co kiedyś (ale dalej by jej z łóżka nie wygonił), a Keanu Reeves w tym filmie jest bardziej jakby sobą sobą niż Neo. Nie wiem… nie znam się więc się wypowiem.

Wcześniej fajnie łączono pewnego rodzaju mitologizowanie filozoficznych wywodów w otoczce akcji, a dziś to jest bardziej apoteoza braku końca i nieco mamony. Bo przecież po tylu latach wracanie do wydawałoby się zamkniętego pudełka nicości nie ma sensu, a tu BACH i to nie Jan Sebastian, wracamy do tematu z nieco odświeżoną formą, znów będziemy kibicować Neo i Trinity o ile ogarną co tu się odpierwiaszcza. Nawet nie będę zbytnio wchodził w spoilerowanie i punktowanie rzeczy, które wołają o pomstę do nieba, jak i te co ujdą. Co to, to nie. Ja tu jestem celem ocenienia całości, dokonania wiwisekcji tegoż opóźnionego o lata świetlne sikłelaa, czy warto wydać te kilkadziesiąt złotych na seans w czasach zarazy? I kurde ciężko się tu dobrać i opowiedzieć, bo wiele kultowych scen jest tu zrobionych niejako od nowa i w sposób świadomy naigrywanie się z nich w sposób ironiczny, nieco przebijającym czwartą ścianę. Robi się tu ukłon w stronę starych widzów, mający w młodości kontakt z oryginałem Matrixa. Ale dla nowych dają odświeżone postacie dwóch ważnych postaci drugoplanowych. Może to chęć jedynej siostry Wachowskiej (druga nie tworzyła go) by pobawić się fenomem Matrixa, a może i tworzenia uniwersum na modłę Marvela i DC? Trochę to też wygląda jakby Lana zrobiła w chuja wszystkich fanów i wypuściła film, gdzie kultowe sceny znów mają miejsce, ale w sposób niezwykle drewniany, jakby prosto z gry komputerowej, gdzie nie do końca wyszło to co obiecywano z tym co poszło do konsumenta na premierze (vide casus „Cyberpunka 2077” wypuszczonego dużo za wcześnie z ogromną ilością błędów i nie tak wolnym i otwartym światem jak obiecywano, a wszystko sygnowane twarzą Keanu Reevesa). I nie zapomnijmy też o wrzuceniu nowej postaci analityka znaczy psychoanalityka zagranego przez Neila Patricka Harrisa, który dla mego i pobliskich pokoleń to przecież Doogie Howser z serialu o małoletnim lekarzu, geniuszu. Czyli kolejny taki meta żart dla staruszków, bo dla wielu z Was to ten podrywacz z „Jak poznałem waszą matkę”.

I nadal ciężko ocenić – bo mogę pojechać po nim jak po starej kobyle, ale zawsze da się wybronić jako świadome pogrywanie sobie konwencją, meta żartami, widzem i jego oczekiwaniami. Nawet na koniec dano utwór „Wake Up” Rage Against The Machine, ale nie cieszcie się tak mocno, bo to jakiś ciurlany starym grzebieniem kołwer… Dziwno mi jakoś i smutno, że można było uratować to co dwójka i trójka zrobiły z Matrixa, a dostałem to.

2 uwagi do wpisu “Matrix Zmartwychwstania (2021) – od zmartwychwstania do zakochania

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s