Next (2007) – następny przewidywany przystanek… gniotowisko

Specyfika dzieł Philipa K. Dicka polega na tym, iż uwielbiał on wsadzać zwykłych ludzi w niezwykłe wydarzenia. Bawił się swymi postaciami niczym istny demiurg, który ma pełną władzę i nie boi się jej wykorzystać. Tak właśnie skorzystali z książki Dicka twórcy tego filmu – mieli władzę (kasę) i nie bali się jej wykorzystać. Powstał istny kasztan, godny najgorszych dzieł tego schizofrenika Dicka (który jak wiadomo nierównym pisarzem był). Ale wiadomo skoro już się sięga po danego pisarza to bierze się wszystko co się da spieniężyć.

Jak pokazuje historia Holywoodcy twórcy lubią sięgać po dzieła Dicka i w 90% robią z tego kolejny zapychacz filmowy. Trudno, tak też bywa.

Film opowiada o Crisie Johnsonie, który ma niesamowity dar – potrafi przewidzieć swoją przyszłość dwie minuty do przodu. Jednak pewnego dnia ma wizję, która wybiega daleko w przyszłość – o spotkaniu kobiety swego życia. Crisem zainteresowana jest agencja rządowa, która chce go wykorzystać do odszukania znajdującej się na terenie stanów bomby nuklearnej.

Pomysł ciekawy, choć oklepany (jeśli kto czyta fantastykę, to na opowiadania i powieści oparte na tym motywie co chwilę się wpada). Lecz jest tu miły akcencik – przewidywanie przyszłości tylko dwie minuty do przodu. Niby pomocne, ale w gruncie rzeczy okazuje się, że bardzo kłopotliwe. Człowiek może wręcz stracić ochotę do życia, bo już nigdy nie trafi mu się nic niespodziewanego. Szkoda, że Cris nie przewidział, że zostanie umieszczony w takim paszkwilaku, bo na pewno coś by z tym zrobił.

W oczy rzuciła się mi nieporadność twórców, którzy nie potrafili się zdecydować co z tym filmem zrobić, więc nawsadzano jak najwięcej do jednego wora, podpalono lont i zrobiono wielkie BUM. Człowiek ogląda do końca tylko li z przyzwyczajenia niźli z prawdziwej i nieodpartej chęci zobaczenia jak potoczy się akcja, gdyż już od samego początku wiemy wszystko. To przewidywanie przyszłości udziela się widzom, już po dziesięciu minutach seansu przewidujemy szkielet fabularny, oraz główne wydarzenia. Nuda…

Nie lubię Julianne Moore, a zamiast Jessica Biel można było wziąć jakąkolwiek pannicę, która dobrze wygląda i nie przeszkadza w trakcie kręcenia filmu. Także Nicolas Cage wpadł w istną klatkę grania w tandetnych produkcjach, czyżby nabawił się jakiś długów, które teraz musi „ciężko” odpracowywać w gniotach, gdzie rozmienia swój talent na drobne? Nie zauważyłem tu ani jednej dobrze zagranej postaci, każdy gra na pół gwizdka, zero jakichkolwiek starań. W sumie kaska się zgadza to po co się przemęczać w produkcji niskich lotów? W sumie by utrzymywać zawsze jakiś poziom i mieć ten sznyt artysty, by zawsze chcieć zrobić to co się robi najlepiej jak się potrafi. Ale, jak widać nie każdy ma to poczucie porządnego rzemiosła, kaska jest kaska.

Iście irtujace były efekty specjalne, które w paru momentach tak gryzły po oczach komputerową sztucznością i to wtedy w roku premiery, że mało nie skończyłem tego przedwcześnie oglądać. Jednak poczekałem do końca by doczekać się wielkiej przewałki, dzięki której mógłby ten film zyskać. Oczywiście doczekałem się niespodziewanego spodziewanego zwrotu akcji, który nic sensownego nie wniósł. W sumie lepiej już obejrzeć jeszcze raz „Efekt motyla”, który też traktuje o zmienianiu czasu tylko w innym kierunku.

Zdecydowanie odradzam seans, nie ma sensu oglądać męczącego się na ekranie Cage’a, nudnej jak flaki z olejem Moore, znowu nie takiej ładnej Biel, tandetnych efektów, kiepskiej ekranizacji Dicka i nonszalancko poprowadzonej fabuły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s