Thor: Miłość i grom (2022) – pioruny o miłości

Oj Thor jest na topie w Europie – wszakże rodzimy bóg, a nie jakieś farbowane Dżizusy. Do tego jeden z niewielu Marvelowców, którego dalsze losy kontynuowane, ale i jako że wikingowie znów są mocno popularni także dzięki świetnemu serialowi „Wikingowie”. Do tego urlopowy czas… dla niepracujących wakacje, to i w kinie lżejsze rzeczy wchodzą, a sarny wtedy na nie także chodzą. Co ciekawe tak mocno unikałem tematu tego filmu w necie, że nawet nie wiedziałem, iż grają w nim dwaj z moich ulubionych aktorów.

Otóż oglądamy na początku jak pojawia się jakiś dziwny typ Gorr i zaczyna mordować bogów, a to się innym bogom może nie spodobać… o ile raczą wyjąć głowy z własnych dup. I ów typ morduje w wielu miejscach we wszechświecie przeróżnych bogów. A w tym czasie Thor, który już zrzucił sadełko i wrócił do formy wraz ze Strażnikami Galaktyki walczy z jakimiś najeźdźcami na jakieś planecie by pomóc jakimś żyjącym tam tubylcom. Robi rozpierduchę podłączając się do trzymanych w szachu ziomków. A w tak zwanym międzyczasie jego „była” ukochana imć doktor Jane Foster powoli przegrywa walkę z chorobą, rakiem. Nauka nie daje jej wiele szans, więc postanawia kopsnąć swój zgrabny tyłek do wioski Asgardczyków, gdzie leży rozłupany młot Thora czyli Mjolnir. Wierzy w to, że skoro daje on siłę, paranormalne zdolności, ale także zdrowie bogom, to jej śmiertelniczce też pomoże. I przypadkiem na ową wioskę napada Gorr wraz potworami zrodzonymi z cienia i przypadkiem trafia tu też Thor i przypadkiem okazuje się, że pani doktor stała się superbohaterką – bo młot się połączył i dał się jej ponieść.

Miłosne rozterki Thora są równie głębokie jak dialogi w produkcjach Blanki Lipińskiej, głębokie na długość penisiora i/lub głębokość wadżajny – wybierz sobie. Od początku wiadomo, że nadal się ku sobie mają i chętnie się poruchają… ale że to Marvel to chuja a nie poruchają, co najwyżej całuski i się poprzytulają. Tutaj zdecydowanie lepiej by się nimi zajęła Blanka. Ale walić to. Ciekawszym jest pojawienie się nowej superbohaterzycy (że tak sfeminatyzuję to – nie cierpię, chyba że chodzi o psycholoszki wtedy uwielbiam pasjami) z pani doktor jest Thorzyca, wszakże młotek po rozjebce pozbierał się i jednak do niej, do jej dłoni pojszejdł był. I mamy nowego członka… a raczej nową waginę w uniwersum Marvela. Uj, że to jakieś takie… bezpciowe, ważne że szekle się zgadzają.

Zdecydowanie ucieszyła mi się morda jak zobaczyłem, że główny zły Gorr to Christian Bale, a Zeusa zagrał Russell Crowe! Obydwu panów jakoś przez ostatnie lata za często nie miałem okazji oglądać na dużym ekranie, czego żałuję mocno szczególnie że ich lubię od dawien dawna. A że ten drugi nabrał masy i kształtów, że mogę się z nim utożsamiać, że sam przytyłem do roli by móc go zagrać, to tym bardziej było fajnie ich zobaczyć. W sumie także w dość ciekawy sposób i żartobliwy wykonano numer z rolą Matta Damona. I w tym miejscu od razu muszę wspomnieć o bogu pierożku… tylko jest to pierożek azjatycki, bodajże japoński, bo wiadomo królową pierogów jest pieróg z jagodami!

Mocno mi nie leży, że do uniwersum Marvela zawłaszczyli sobie różnych bogów… bo robi to straszny rozpiździel jeśli zaczynasz doszukiwać się sensu i połączenia pomiędzy różnymi seriami, podkategoriami itd. Wtedy obrzezanym ujem śmierdzi, to że Thanos zrobił to co zrobił. Słabym jest, że mitologia nordycka jak i grecka została zassana do tego światka. W sumie także i nasi bogowie znając życie też gdzieś tam są skoro wspomina się o jednym ze słowiańskich spopularyzowanym na zachodzie przez Neila Gaimana w książce i serialu „Amerykańscy bogowie” i komiksie i serialu „Sandman” czyli Czarnoboga. Ale powróćmy z tych bogobojnych rozkmin do tego co nie pykło. Ano niby ma być letko i przyjemnie i zabawnie… a humor jest taki no… wymuszony i niezabawny. Z drugiej strony miło posłuchać w tle Guns N’ Roses Welcome to the jungle. A i końcowe napisy głównych aktorów stylizowane na czcionki z lat 80-tych kojarzące się mi z czcionkami używanymi do prezentowania nazw zespołów rockowych i metalowych powstałych na pograniczu 70-tych i 80-tych… ale dziś musi być też skojarzenie z najchodliwszym aktualnie towarem czyli serialem „Stranger Things”.

Wiadomo ma te dwie godziny długości, ale to aktualnie standard, a i trzeba to przyznać ów czas szybko mija, bo produkowany dla przebodźcowanej dziatwy więc nie ma tu za wiele momentów na uspokojenie tempa – tu wszystko ma cały czas napierdalać. W sumie tym razem pomimo, że cały film to żaden super produkt, ale wciąga się go błyskawicznie niczym najtańszą metę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s