The Gray Man (2022) – szary sijajejowiec

Wiadomo człowiek się łudzi, nadchodzi weekend i nic ze sensem nie było w kinie, więc jest wejście do neta i szukanie po platformach. I pyk, fik i myk i Netflix ma coś nowego, do tego z dwoma dość lubianymi aktorami, a nawet bym rzekł, że aktorami do których niejedna kobieta ślini się z każdej ze stron. A ja się nie ślinię – ale Ryana Goslinga lubię, a i typ miał okazję zagrać w kilku filmach, które mi mocno podeszły… Chris Evans to typ utopiony w Kapitanie Ameryce, a że Marvel pozamiatał to teraz próbuje wyjść do świata z tego pudełka. Nowinka i te hasła najlepiej oglądany film dziś na stronie itd. raczej mnie to odpędza, ale że w kinie nędza, a lud lubi żyć tylko nowościami to jako wieloletni pochłaniacz kina wszelkiej maści muszę się poświęcić by zobaczyć czy tym razem produkcja made in netflix ogarnia wreszcie w fabułę? O tym w poniższym tekście.

Zaczynamy akcję w pierdlu, gdzie postać grana przez Goslinga spotyka się na widzeniu z typem, który mówi że uchyli jego wyrok. Ofkors pod warunkiem… że zacznie pracować dla… CIA. Ło matko, mam pisać opis ale wali takim banałem, że już muszę to skomentować. I zwrot miejsca akcji i czasu, bo 18 lat później w Bangkoku ludzie witają Nowy Rok, a nasz główny bohater siedzi jakiś taki nie w sosie, a na pytanie nie azjatyckiej (o jak pięknie politycznie poprawnie udało mi się nie napisać białej) kelnerki czy coś podać mówi, że nie. Chwila smol toku o jego i jej kroku… znaczy o marynarach, dostaje od niej zabawkowy pistolet na wodę. W którym okazuje się, że jest czip otwierający drzwi gdzieś tam w tej knajpie, gdzie na „Szóstkę” czeka karabin. Wiadomo robota czeka. Dostaje info na ucho, że zaraz ma sprzątnąć typa przed przekazaniem poufnych informacji. Typ wbija do klubu z ochroniarzami. I już ma kropnąć przy użyciu karabinu na bajerach z podłączonym ekranem i możliwością słuchania przez ściany i podłogi, ale pojawia się jakiś dzieciak. „Szóstka” odmawia rozwalenia typa skoro może dostać jakiś bombelek. (Pewnie zna problemy z maDkami bombelków). I szóstka odpala alarm przeciwpożarowy, wychodzi z kanciapy, bez broni… jako broń wyjmuje z włosłów jakiejś kobiety szpikulec i idzie do celu. Szpikulcem zdejmuje ochroniarza, nożykiem ze stołu drugiego, butelką na łeb trzeciego, tulipanem z niej czwartego. I zaczyna się dym, wspierająca laska rozwala kogoś, cel się broni zasłaniając ochroniarzem. Rozwala okno i wyskakuje na łódź obok lokalu, na której są umieszczone wyrzutnie rac jakie są wystrzeliwane podczas sylwestrowej nocy. „Szóstka” skacze za nim, po chwili impasu z bronią, wyeliminowanego przez pozbycie się z niej amunicji dostaje info od celu, że jest on „Czwórką”… Typ nie tylko wie co się dzieje, ale i ogarnia szerszy aspekt. Dziabnięty nożem do tapet umiera, ale przed śmiercią wręcza swój medalion „Szóstce”… Więc CIA wysyła za nim Lloyda Hansena socjopatę.

Początek przerysowany, takie pierwsze 20 minut śmierdzi filmem z lat 80-90tych jakich wtedy sporo powstawało z przewidywalną fabułą. Potem zwrot akcji rodem z Bonda czyli musi być obowiązkowa zmiana szerokości geograficznej na jakieś turystyczne miejsce, gdzie pociągnięta będzie fabuła dalej. I akcja w samolocie mocno owego Bonda przypominała, jak i niedawny Uncharted. A potem klasycznie na byłego pistolerro z CIA nasyła się płatnych zabójców z całego świata. I wiadomo potem znów trzeba do jakiegoś słynnego miejsca, miasta przenieść akcję – coby zamiast fabuły mieć choćby taką atrakcję. A i pokłosie, taki nie tylko cień, a wręcz i szkielet z dużą ilością kostek pochodzi w tym filmie z serii Bourne’a. W sumie twórcy spektakularnych hitów Marvela wiadomym było, że obierać się na kalkach będą i w sumie oparli się na paru dobrych produkcjach.

Pod względem scen akcji trzeba ten film pochwalić bo się dzieje, robione są tu motywy znany z wielu filmów, ale posklejane to jest ok. Do tego pewne walki i strzelaniny mocno kojarzące się z paroma filmami od wspomnianych po nawet nieco… poniekąd „Equilibrium”. Ano dzieje się, jak jest strzelanina to w sumie jest prawdziwa rozpierducha… Trochę w pewnym momencie finałowych akcji za dużo tu takiej wymuszonej teatralności, tych finałów finałów, że kolejny boss dostaje ostateczny cios. Takie to już na koniec mocno wymuszone, gdzie na początku i w połowie i do 3/4 było spoko, a tu nagle robią wszystko to byleby zatrzeć dobre wrażenie jeśli chodzi o ekszyn.

O grze aktorskiej niewiele można mówić, bo Ryan Gosling gra tu niejako dalszy ciąg przygód postaci z „Drive”, a Chris Evans gra psychola… ale jego umiejętność temu nie podoła, jest taki nijaki psychologicznie. Nie zrobił postaci jak to uczynił Gary Oldman w „Leonie zawodowcu” na ten przykład, gdzie cała gestykulacja, te proste a jakże zajebiste ruchy podczas połykania tabletek itd. To tworzyło postać – a tu poza durnym wąsem, podgolonym łbem nie ma nic. W sumie w tym wąsie to wygląda bardzo podobnie do Dawida Podsiadły, który jest fenomenalnym muzykiem… a Chris Evans aktorem nie. Pozostałe role… byli i tyle. Żadna z pań nie wyszła ponad minimum, więc w sumie po seansie nawet nie bardzo pamiętam co i jak, bo w sumie nie ma co pamiętać.

W sumie film do obejrzenia pod względem akcji, rozwałki, taki kiedyś typowy sensacyjniak, akcyjniak do wypożyczenia na kasecie – co to obejrzy się z ojcem i będzie git, ale nie będzie się za wiele z niego pamiętać. Znowu kuleje fabuła, choć były momenty do zniesienia, gdy bazowali na pomysłach kopiowanych, tylko szkoda braku zdecydowania czy idzie się w którąkolwiek stronę. Cóż, nie to nie.

ps. zauważyliście, że Ryan Gosling ma tak samo lewe oko niżej jak Robert Lewandowski?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s