Wrocław – Poznań, rowerowy wypad 4 dniowy

Dzień 1 (licznik 81,51 strava:81,10)

Wyruszyłem w sobotę wieczorem ze wschodniego tak jakoś po 21-szej, załadowałem się do pociągu z miejscami dla rowerów (ten model składu, gdzie miejsce do podwieszenia było dla 3 sprzętów). I to był zacny plan bo ilość ludu jaka wwaliła się na Dworcu Centralnym przyćmiła me podejrzenia. Początek dobry. Ale na litość boską ilość osób, które miały ze sobą ogromne, plastikowe walizki na kołach… multum! Ale nie wyprzedzając – otóż wchodzi jakiś gościu za nim stadko małoletnich dziewcząt i zwracają się do niego trenerze. O fajnie! Może patrzę na przyszłe znane mi sportsmenki, spoko może nawet jakąś twarz zapamiętam. Ale zaraz… gdzie one mają swoje bagażowe klasyczne torby sportowe aktualnie używane chyba tylko przez zawodowych sportowców, maniaków siłowni i dresiarzy… Otóż każda miała ze sobą OGROMNĄ walizkę na kółkach, do której ja na lajcie bym wszedł, że nawet miałbym miejsce by pić browara, a one… to po 3 i mogłyby grać tam w planszówki. Stąd moje pytanie do pań, bo tylko panie z tymi walizkami na zwłoki widziałem – po kiego dzwona wieziecie ze sobą na urlop, wakacje tyle badziewia? A potem płacz i zgrzytanie pochwy, że nie ma kto wam jej nosić, a potem wrzucać na miejsce dla bagażu nad siedzeniami, a nie daj bosze spadnie komuś to na łeb to zgon, albo paraliż do końca życia. Ale kolejna rzecz, w tych nowych składach są przy drzwiach takie stojaki na duże bagaże, ale z nich używając leniwych komórek mózgowych skorzystało ledwie kilka osób, by nie telepać ogromnych bagaży i nie zawalać sobie miejsca siedzącego, albo nie daj boże korytarza tymi tobołami.

Wyglądało, że podróż jakoś tam myknie, prześpię się. Ale… nie ma bata, jeśli razem z Tobą w składzie jest kilkoro dzieci (większość z Ukrainy), które wręcz w systemie zmianowym płakały, ryczały itp. Dołóżmy do tego co chwilę piszczące małolatki, oraz paru Ukraińców z obowiązkowym wchodzącym na stół kiełbodronem, kajzerami i czymś do tego. W sumie cała konsumpcja odbywała się kulturalnie, bez śmiecenia, bez głośnego zachowywania się (małolaty z końca przedziału były tak głośne, że pomimo puszczonej na słuchawkach dousznych muzyki i tak je słyszałem), wypili i poszli spać. Ale… przez kilka godzin oglądali sobie ukraińskie tik-toki… A że tik-tok to rak naszych czasów to dalej już nic nie muszę pisać. Tak czy inaczej maszynista chyba czuł klimat, że się nie wyśpię, więc przyspieszył i byliśmy we Wrocławiu kilkadziesiąt minut przed czasem, chyba nawet z pół godziny. Szybka akcja w kiblu, przebrany w znienawidzony przez kierowców strój określany przez nich mianem części rowerowej jaką przez całą dalszą podróż miałem tam gdzie jej miejsce, pod stopami. Wiadomo kombinacje alpejskie by wysiąść z pociągu, bo jednak te drzwi w starszych składach są bardzo wąskie i z rowerem trzeba się nagimnastykować. Udało się i już wiem… pada, słychać to na tym jednym z najładniejszych dworców w Polsce, że będzie mokro.

Jeszcze dworzec Wrocław

Przejście podziemne, na końcu tunelu ludzie stoją i jarają szlugi (nawet nie chciało mi się im zwracać uwagi, że sory miśki, ale to nie jest miejsce odpowiednie na takie akcje), szybkie sprawdzenia co mi potrzebne, czołówka na kierę, odpalenie tylnego światła w trybie mrygania i jazda. Oczywiście w życiu przez Wrocław na rowerze nie jechałem, więc co chwila sprawdzanie na telefonie wsuniętym w pokrowiec rowerowy na ramie, gdzie mam jechać. Jakoś dziwnie w pewnych momentach prowadziło… ale nieco skorygowałem, obok Panoramy Racławickiej po nocy w deszczu lepiej zorientowałem się, gdzie jechać i kierunek na most. (Wrocław i kierunek na most, ale jesteś gościu zabawny) Przez Wyspę Piasek, a za rzeką wzdłuż jej brzegu ścieżką – gdzie spotkałem trzy rącze łanie w kreacjach wieczorowych, tak dobrze ubawionych powrotem do domu, że deszcz nie wpływał na nie negatywnie. Dodać należy, że nie miały żadnych kurtek, parasoli itp. Kierunek Most Trzebnicki Południowy, gdzie obok jest stacja Lotosu (na filmie błędnie nazwana Orlenem). Dwie kanapki, energetyk i pepsi. Jedna zeżarta i popita dopalaczem bo po nieprzespanej nocy byłem mocno zamulony, a że rzadko piję to i zadziałać powinno. Za RODOS Różanka w ul. Kamieńskiego i jazda. Mokro ciemno i już na drogach poza mną nie ma nawet kierowców UBER-a. Oczywiście cały czas walę chodnikiem, bo zginąć pod kołami jakiegoś najebańca w nocy ruszając sobie na czilałtową podróż rowerową to gówniany zgon.

Przejeżdżam przez Krzyżanowice i lecę dalej, potem się zastanawiam co tu tak jakby bogato… a to klub golfowy po lewej znaczy pola tegoż że, bo były jakieś budynki nie wiem czy nie z noclegiem na odpowiednim poziomie dla fanów łamania kija. I gdzieś w tych okolicach wcześniej bądź później jechałem w mega ciemności, gdzie tylko skrawek nieba był jaśniejszy i wskazywał różnicę, padało cały czas, a wyjęta czołówka niewiele robiła różnicy… więc jakby jaki dzik, łania czy nie daj boże ziomek sarna mi wyskoczył… byłby gong, bo na pewno nie zdążyłbym zareagować choć nie jechałem tam mega szybko.

Wiata w Pasikurowicach

Potem po tych emocjach jednak przerwa na wiacie w Pasikurowicach, druga kanapka (z kurakiem, jako taka, ten sos był niezakoniecznie), pepsi dla motywacji i poczekanie, aż nieco zelżeje deszcz i się przejaśni, bo kolejne kilometry w mega ciemności to by mi za dużo kalorii emocjonalnych zeżarły były. I tak se jechałem… ale już do atrakcji, którą miałem na liście jak Rezerwat Las Bukowy w Skarszynie nie wjechałem, bo pada, pizga i Anna Drzyzga. Tu skręt w lewo i na Głuchów Górny, gdzie park przypałacowy jakiś kościół itp. Dalej Trzebnica, gdzie też miałem pośmigać po Lesie Bukowym, a tak tylko rzut oka na Kościół Świętej Jadwigi Śląskiej i Ołtarz polowy. Potem rozglądałem się jak głupi gdzie jest jakaś tabliczka, kierunkowskaz itp. do atrakcji którą mocno chciałem zobaczyć czyli Park Archeologiczny. Spoglądanie na mapę i kombinacje alpejskie gdzie to i jak to. Wiec pojechałem w kierunku Winnej Góry i tam odbiłem w jakieś zadupki. I jupi jest ów park… Co tam zastałem zobaczycie na filmie. Lecę dalej. Ale deszcz się wzmaga, ja jestem po raz kolejny dziś mokry, szukam jakiejś wiaty, nigdzie nie widzę. Ale Gminne Centrum Kultury i Sztuki miało przed wejściem zadaszenie, gdzie wyżymałem skarpetki itp. Trochę poczekałem, ale że nie było gdzie usiąść to niekoniecznie mi się podobała wizja spędzania tu całego czasu, poszukałem więc celu dokąd by pojechać coś zjeść i odtajać, a nawet wciągnąć herbatę. Okazało się, że leżący na trasie kebs, który mówił bierz mnie jak pińcetplusiarz dopłatę na wungiel… był zamknięty bo przecież na Śląsku i w sumie Wielkopolsce jak na Podlasiu – niedziela to kościółek, reszta pozamykana chyba, że dla plebana.

Paragon grozy

Wynalazłem w necie knajpkę przydrożną co ludzie chwalili ceny i wielkość porcji. Po drodze dalej mega mokro, zapierdzielający pojedynczy kierowcy. I był tam „Bar Kominek” klimat barów z lat 90-tych, w TV leci „Ukryta Prawda” menu proste i zwięzłe – pobrałem pierogi ruskie (tak kurwa ruskie barany, bo one są od Rusi, a nie od ruskich orków) przepraszam polityczna poprawność i tu się wkradła pierogi ukraińskie, grochówkę i herbatę. Ceny ok, pierogi dla mnie za mało doprawione, ale czuć domowość ciasta w ten fajny sposób, w grochówce jak dla mnie za dużo mięsa, za mało grochu, a Lipton smakował mi po raz pierwszy od 15 lat 😛 Starsi panowie dwaj obok ojebywali solidne schabowe, były tak solidne, że zostawili większość ziemniaczków i dodatków (jak tak można!). Wyszedłem zostawiając po sobie mokrą plamę. Odciśnięcie wszystkiego i jazda.

Przeskok przez Prusice obejrzenie rynku, za miejscowością odbicie w prawo na Pietrowice Małe cel Dobrosławice i dalej. Drobne zboczenie z trasy, potem Sieczków, minięty Osiek i dojeżdżam do fajnych terenów leśnych. Od pewnego momentu jest lepiej jeśli chodzi o deszcz. Jadę na tereny jeziorne. Chce zobaczyć jezioro Jajni… Jamnik i nawigacjone za późno jednak stwierdza, że to nie wewte, kawałek nadrobiony – jadę przez fajne obszary leśne, coraz częściej mijany bądź wyprzedzany przez auta. Fajne lasy, miło się jedzie jedną drogą i w pewnym momencie instynkt podpowiada, że cusik nie tak. Znów zawrotka do Rudy Żmigródzkiej kierunek Dąbki, a potem Niezgoda. Tu spotykam sklep. WRESZCIE! Bo o dziwo po drodze w większości siół i siółek ni hu hu żadnego sklepu spożywczego. Czasem trafiała się nawet fotowoltaika, ale żeby kupić wodę, coś do jedzenia? A na co ci to? Żyj jak Stachurski promieniami słonecznymi porozmawiaj jako jedyny z botem fotowoltaicznym i umów się na instalację. Trafiłem tu na sklep ale kurła… otwarty w niedzielę 12-14 była 14:27… Nic tylko zapłakać, ale i tak nikt by łzy nie zauważył tak było mokro. Irytejszyn lewel spory.

I opuściłem to jakże nie chcące mnie nakarmić i napoić Dolnośląskie i na cypelku Wielkopolskiego zadekowałem się w Białymkale w agroturystyce u Dany. Sympatyczna kobieta, spoko dwa psy – jeden owczarek niemiecki, drugi emeryt białofutry. Dostałem dzban gorącej herbaty z miętą i zainstalowałem się na nocleg na całym górnym piętrze. Schludnie, bez jakiś wodotrysków i rewelacji, ale wygodne łóżko, duża łazienka, dobra srajtaśma – ale mając telefon mogłem obejrzeć co chciałem. Wziąłem nocleg ze śniadaniem… ale o tym potem.

Dzień 2 (licznik: 56,22, strava: 59,70)

Potem wjechała jeszcze sałatka i tortilla

Śniadanie w Agroturystyce u Dany… ło matko różne wędliny i kiełby, jaja na twardo, twarożek, pomidory z cebulka i ogórcy, miód i jakieś powidła, po chwili jeszcze doniesiona sałatka z tego co przy domu rośnie i siakaś tortilla i dzbanek herbaty… jak dla mnie to tak 2-3 osoby by się tym porządnie najadły. Nażarty żegnam się z właścicielką i jej psami. Wstrzeliłem się w chwilę bez dużego deszczu. W Sowach w lewo. I deszcz powraca i z każdym naciśnięciem pedała się wzmaga. Myśl główna szukaj wiaty, więc jadę i w miejscowości Drogi na rozstaju drogi – wiata, wpełzam na nią. Kombinuję jak się w niej zadekować, bo oczywiście druciarsko postawiona, kapie itp. Zaczyna lać jeszcze bardziej. Wylewam wodę z butów, zakładam bluzę pod antydeszczówkę i staram się utrzymać jakąś temperaturę by się nie wychłodzić. Okazuje się, że tłuszcz na brzuchu w takich warunkach niewiele daje. W trakcie około półtorej godziny przesiadywania zmieniam plany podróżowania patrząc na prognozy, odpuszczam wszystko gdzie trzeba by jechać nieutwardzonymi drogami, bo w deszczu byłyby tam takie błota, że quadowcy by nie wjechali bo by się obawiali.

Kościuszko w Rawiczu

Odrobina leśnej drogi i jadę dalej na Sikorzyn. Za miejscowością parę kilometrów skręt w główną w lewo na Rawicz przez Szymanowo. A w Rawiczu mijam słynny pierdel z patriotycznym muralem na ścianie… oby Ci co tam siedzą choćby w 10% byli patriotami to by tam nie trafili. Rynek itp. poszukiwanie żarcia – mijam kebsa… no kebsa to bym ojebał na ciepło talerzowego. Okrążonko po rynku, luknięcie tu i ówdzie szukam zabytkowej gospody. Okazało się, że jechałem obok niej wcześniej. Runda dookoła, jest zabytek do tego pomnik Kościuszki. Czas coś zjeść pod dachem bo pogoda nijaka. Git – Wujku Gógielu powiedz mi przcie jakie dobre kebsy w Rawiczu jecie! I myk wyskoczyło parę miejsc, teraz dopasować do trasy by za daleko nie dymać. O jest taki co go mijałem jak po „deptaku” rawiczowskim jechałem. Oceny ten ma 4.2 wbijam. Kebab StarMarks Indyjska Restauracja. Czyli staropolski kebab u hindusa. Tak się zowie – biere kuraka talerzowego z otrym sosem. Wiadomo rozgrzewka i power. Pan przyjmujący zamówienia moim zdaniem robi na jakiejś infolinii pakistańskiej, bądź indyjskiej po tym co cały czas mówił przez słuchawkę.

Wygląda lepiej niż smakowało

Odebrane zamówienie… szok – ten sos jest jakiś jasny… próbka – bezpłciowy. Sos fatalny, surówka brzmiała dobrze bo oliwki i feta, ale ta pseudofeta to jak pseudoserowe produkty marki biedra, kurak… suabo, a frytki to jedne z najgorszych jakie zjadłem w życiu. Zjadam, ale nie do końca bo porcja spora, a napychanie się byle gównem jest bez sensu. Szkoda zostawiać, bo nie lubię marnować jedzenia – ale ono wychodzi z kuchni już zmarnowane… Z Rawicza ulicą Różaną lecę na miejscowość Sarnowa. A tam oczywiście znaków kierujących prosto do koźlaka (tak, wiem fajna nazwa wiatraka taka sama jak stylu piwa) szczególnie, że jest przy ulicy Wiatracznej, a ta się rozdziela na dwie części i jadąc z północy trzeba pyknąć w lewą odnogę, a nie jak ja najpierw w prawą. Wiatrak fajny, fotka o tym, że nawet zmielono w niej ziarno i zrobiono chleb… aż się zaśliniłem. Ale taki chuj! To tylko lata temu dla bajeru zrobili, a tak to chętnie kupiłbym taki chleb z tej mąki na miejscu wypiekany – jadłbym go potem cały wyjazd ale ze smakiem! Ale cóż… jakoś nie chce się ludziom inwestować w lokalne produkty, bo i sąsiedzi wolą kupić byle gówno w biedrze, lidlu czy kerfurze zamiast wesprzeć lokalne biznesy. Taki los.

Jazda w prawo po powróceniu na główną drogę nr 36 aż do Miejskiej Górki, gdzie kolejny wiatrak ale przy stacji benzynowej i ogromna cukrownia obok, której prowadzi mnie szlak… a potem trafia szlag. Przejażdżka po kałużach błocku i mule. Chwilę udaje się jechać, ale potem jest tak ślisko i grubość błocka oblepiający moje koła i napęd uniemożliwia normalną jazdę. Więc butowanie. Gdy docieram do asfaltu jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, tylko napęd strasznie piszczy bo nażarł się mułu. Skręt w prawo przy głównej i odbicie na Roszkowo, gdzie widzę pod drzewem ogromną ławkę, więc podbijam do niej by popierdzieć w tylną oponkę bo coś zeszło na wertepach. Wychodzi z bramy jegomość zadaje jakieś pytanie, którego nie rozumiem. Potem okazuje się, że a) był strasznie zachodni wiatr (oj wiało wtedy, wiało), w sumie to był z kierunku północnego i północno-zachodniego, b) siakaś gwara, c)wada wymowy? Nie zrozumiałem poprosiłem o powtórzenie – i gościu proponował, że mi machnie szybko sprężarką powietrze! Bardzo miło z jego strony… ale nie wiem jak byłoby z jego wyczuciem, więc podziękowałem. Zaproponował też wodę albo wódę… nie wiem ale również podziękowałem. Jak pompowałem kolo się pytał czy może sobie ze mną fotkę strzelić bo mu ktoś tam (nie zrozumiałem) nie uwierzy. Więc kilka fotek sobie ze mną strzelił. Wiało coraz mocniej, parę takich polnych dróg między miejscowościami. Sarbinowo i Pałac… w fatalnym stanie i pewnie szlag go trafi, a fajne miejsce i okolica, ale też z głównej drogi zero oznaczeń gdzie co i jak, a gdybym nie usłyszał kaczek na stawie przy pałacyku to bym tam nie zajechał był. I czas na pit-stop w lesie na parkingu leśnym pomiędzy Włostki a Karzec.

Pudliszki

Bardzo fajne miejsce na wypoczynek, posiedziałem, nasmarowałem pachwiny by nie pogłębiać otarć. I atak na Pudliszki. W sumie po drodze i za drodze widziałem wiele pól obsadzonych pomidorami, które były karłowate wręcz i pomimo tego czasu jeszcze zielone… oj będzie bieda ze zbiorami. Pod fabrykę Pudliszki na ulicę Stanisława Fenrycha, który ten pierdolnik otworzył zanim teraz go Helmany wciągnęły. Tam chwilka oddechu i podładowanie buraka. Jazda na Żytowiecko skąd kierunek Pijanowice i Sikorzyn.

I wjazd do upragnionego Gostynia. Zadekowanie się w nowym Pensjonacie Absolwent, w sumie ok obsługa, rower na recepcji bezpieczny był. Pokój mały, ale miał wszystko co mi było potrzeba, otworzyłem okno by wpadło nieco chłodnego powietrza, bo na piętrze na korytarzu było odpalone ogrzewanie i klimat był mega gorący. Mycie i suszenie itp. I wyjazd na miasto by kupić coś na wieczór i zjeść cuś.

Burger w Szalonej Krowie

Padło na „Szaloną Krowę” burger solidny, nawet nie pomyślałem, że zabrakło do niego frytek bo był solidny. Brak pytania o wysmażenie mięsa, ale zbolałem to bo było well done do zjedzenia. Za to możność kupienia lokalnych piw (szkoda, że nie z kija) było świetne bo wjechała Forest Ipa od Nepomucena, a potem ichniejsze bezalko. Chcąc nie chcąc posłuchałem rozmów stadka mamusiek przy stoliku obok – sporo śmiechu, podtekstów seksualnych – kilka tekstów choćby o tym, że młodszego to zbyt wiele zachodu by ogarnać, a druga że więcej seksów, a tamta że to bierz mojego starego. I cisza 🙂 I po chwili gdy już zjadłem i piwo dopijałem, a panie obok były dopiero w połowie rozmów przy piwku weszła dziewczyna, po której było widać, że była z niej ładna dziewczyna. Właśnie była… bo zrobiła sobie nos na Majkela Dżonsona i napompowała usta na kształt pontonów. Po powrocie ocenienie jaka pogoda jutro, jak jechać co z trasy wywalić i poleciało 90%. Wieczorny izotonik, siakiś mecz i finito.

Dzień 3 (licznik: zapomniałem zdjęcia, strava: 54,87)

Wyruszenie do miejscowości Piaski, tam ruda obok rynku i siakiegoś kościoła Niepokalanego Serca Maryi. Powrót do ulicy Poznańskiej i jazda nią obok lasów, a potem pól. Całkiem fajne widoki. Potem mniej fajne… bo podjazd męczący. Smogorzewo, tutaj był i zjazd uprzyjemniający chwilę, a potem nad Kanałem Obry, potem Mszczyn. Coraz cieplej było i wiatr udawało się trafić, że nie maltretował tak mocno pomiędzy polami i drzewami. A w Mszczynie takie dziwne to było. Wyglądało jak przedmieścia dużego miasta, zabudować taka domek obok domku w nowszym stylu, takie wręcz osiedle podobnych budynków, a w centralnym miejscu miejscowości jakiś parking i duży budynek. I tu skierowało mnie na drogi typowe polne – czyli piaskiem podkute. Z oddali ciągle było słychać strzały ze strzelnicy ESA. Było tu kilka ciężkich podjazdów po kopnym piachu i błocie, gdzie miałem dość, zjazdów po kocich łbach – za to obok jeżyny, dzikie jabłka i ulęgałki.

Kościół Rzymskokatolicki Św. Wawrzyńca z 1618 roku.

Wreszcie wyjazd w Księginkach na asfalt i chwila oddechu na wiacie. I wreszcie Dolsk gdzie miał być stary kościół. I był jakiś na mapie, zwężona droga przejazd obok Villi Natury i na górce Kościół Rzymskokatolicki Św. Wawrzyńca w Dolsku… ale potem sprawdzenie na mapie, że nie o ten mi chodziło… na szczęście teraz już miałem z górki, bo wcześniej był całkiem, całkiem podjazd. I dojazd do tego co chciałem zobaczyć czyli drewniany Kościół św. Ducha w Dolsku z 1618 roku. I dalej ulicą Świętego Ducha.

I tak jechałem i jechałem, ale busiarze pokazali dlaczego inni kierowcy za nimi nie przepadają… w pewnym momencie stwierdziłem, że to pierdolę i wracam do jakieś tam drogi na Kotowo. Bo gdy pod górkę na ciągłej busiarz z naprzeciwka wyprzedza osobówkę, a za tobą jedzie inny bus i na pełnej piździe wyprzedza cię o centymetry i ledwo wyrabiają się te busy by się nie pierdolnąć czołowo przy okazji zdejmując mnie i tamto auto wyprzedzane odechciewa się. Wróciłem i jechałem większymi zadupiami, ale cisza, spokój piękna przyroda. Gorsze drogi? No i chuj, ale zdrowym i żywym przez Bodzyniewo i Kadzewo do Śremu. I szybkie wyszukanie coby tu zobiadować.

Picka w Don Giovanni Trattoria

Trafiło na fensi Don Giovanni Trattoria, gdzie zamówiłem udziwnioną pizzę z kurakiem, bbq, cebulą, bekonem itp. Do tego świetny chłyt małketingowy czyli wykupione własne etykiety, a piwerko z Browaru Jana i zrobione jakby dla nich.

Pojedzone i jazda przez Wartę mostem ulicą Piłsudskiego, a potem Średzką na Śremską do Mechlina… i było naprawdę gorąco, aż dziw bo prognozy co innego mówiły ale za parę godzin. Miało burzyć się niebo, a teraz lał się ale skwar. Poczułem, że kurła płyny wyciekają jak paliwo z „ekologicznie” rozkładającego się poloneza paliwo ze skorodowanego baku… Rozglądałem się za sklepem i już się bałem… a tu nagle jak nie pierdolnie ogromny sklep Społem! Ło matko taka tam wiocha a tu sklep wielkopowierzchniowy, przypiąłem maleństwo do stojaka w kształcie roweru, wchodzę… a tam! Klimka miło schłodziła mój grzbiet, Miłosław Bezalkoholowa IPA na półce… cuda wianki na kijach. Zajebiście. Płyny uzupełnione, izotonik z proszku rozrobiony. Mogłem jechać dalej. W miejscowości Grodzewo odbiłem w lasy, gdzie nieco lepiej było znosić skwar lejący się z nieba. Przejeżdżając bodajże przez Zwolę minąłem biedne chatynki, gdzie na podjazdach stały Porshawki itp. Prognozy mówiły, że ma padać około 18-tej więc zmierzałem do celu czyli do „Villi pod orzechem”, gdzie to na Bókingu nie chciało przejść bo moja karta nie współpracuje z zatrzymywaniem kasy ala kredytówka, ale zadzwoniłem i zarezerwowałem. Podjechałem i widzę, że to jakieś miejsce mocno wypoczynkowe kojarzące mi się z pod lubelską Okuninką 🙂 tylko tutaj więcej Niemców, a tam nie spotkałem żadnego. Gościa nie było, ale zatrudniona Ukrainka zadzwoniła do szefa, wskazała żebym się zadekował na pokoju nr 5. Miałem na gościa poczekać co do rozliczenia, wiec luz odczekałem, aż mnie pot dogoni – odkryłem działającą lodówkę co dawało szerokie pole do popisu na wieczór, szczególnie że zapomniałem o kupionym Miłosławie motywacyjnym na ten dzień a nie skonsumowanym, bo zapomniałem. Także mycie, radość z przebiórki i uświadomienie sobie, że za oknem mam patio gdzie z sąsiedniego pokou zadekowali się kolesie by odpalać szluga od szluga i oglądać tik-toki… przez chwilę było deża-wu… ale przeszło jak zaczęli mówić po polsku 😉

Pomnik Powstańców Wielkopolskich

Tak czy inaczej ruszyłem w miasto kupić coś na wieczór, umieściłem to w lodówce (plus za duży monopolowy, w którym było parę piw z lokalnych stron). Rozliczony za nocleg (w dobrej cenie 80zł) zasiadłem przed TV, który ło kurła miał połączenie z netem i na pilocie już wybór Netflix, Optimus Prime, Tłicz, Jutub. Wiadomo logujesz się na swoim koncie w płatnych usługach, ale… Coś se odpaliłem by zagłuszyć oglądane tik-toki za onem… i obawiałem się o spanie, gdy z wyrywu na mieście wróciło kolejnych dwóch typów do sąsiedniego pokoju… na szczęście wykorzystałem moment, gdy zawitali na pokój i zasnąłem przy otwartym oknie i pewnie me chrapanie ich przegoniło. Zasnąłem szybko pomimo, że materac ewidentnie nie był dla mnie – był mega miękki i zapadałem się w nim w dziwny sposób, więc jakbym lubił spać na plecach to pewnie obudziłbym się z oślinionymi stopami, bo tak by mnie zgięło do środka. W nocy przebudził mnie dźwięk deszczu.

Dzień 4 (licznik: 45,78, strava: 43+1,37dojazd do domu)

Wyjazd koło 9-tej, wizyta w lokalnej piekarni po dwie drożdżówy na śniadanie potem. Jazda z rana, a już było czuć, że będzie upał. Jazda prosto z Zaniemyśla (kurła chyba tak się to odmienia) do… Kórnika ofkors. Po drodze sporo fajnych widoków pól, rzut oka na jeziorko nad którym leżi kilka miejscowości można rzec wypoczynkowych po ilości noclegowni. A przy drodze pełno mirabelek… i co znamienne nikt tego nie zbiera nie przerabia, a szkoda, bo taki dżemik do śniadania w noclegowni wchodziłby jak złoto.

Miłosław na zamku w Kórniku.

A jak już wjechałem do Kórnika niczym lis do kurnika… sympatycznie, zjechałem ze ścieżki rowerowej wzdłuż głównej ulicy niżej zadupkami przecież na mountain bike’ju jechałem na niżej położoną trasę, bo i ładniej i fajniej i bliżej wody (bo za mało wody na tym wyjeździe było). I pyk pod zamek, który zawsze chciałem obejrzeć, ale jakoś nie było po drodze. Nikogo nie ma, no ok. I wbijam za klamkę… zamknięte otworzyła starsza pani, że jeszcze zamknięte… była 9:47 no to ja, a to se chociaż park zobaczę… wtedy ona, że park też od 10-tej… To pojszejdłem do przypiętego roweru, wyjąłem bułę ze srem i drugą z wisnią, odpaliłem browara i śniadaniałem się. W tym czasie przyjechała wycieczka rodziców z dorosłymi niepełnosprawnymi intelektualnie „dziećmi”, a potem kilka aut z czego para z jednego to klasyka gatunku – on samiec „alfa” ona wiecznie skrzywiona i niezadowolona robiąca ciągle łachę, że gdzieś daje się zawieść. Typ albo był do tego przyzwyczajony, albo miał na to wyjebane. Ale tak czy inaczej drogie panie – jak wam dany typ i jego obecność nie pasuje to wybierzcie innego, jak ok typ, ale dane miejsce nie – to pozwólcie mu się tym miejscem nacieszyć a nie walić foszysko uj wie o co i za co i po co. Ale, że z Miłosławem i bułą w łapie miałem ciekawe oglądadło. Typ zajarany zaglądał przez ogrodzenie do parku… ona ofuczona i widać, że każdy krok robi tak by pokazać całą sobą, jaka jest niezadowolona i pewnie sama nie wie dlaczego, ale taka natura. Coś podejrzewam, że to ten typ księżniczki co to trzeba nosić na rękach, a i tak nigdy nie będzie w pełni zadowolona, bo najważniejsza zawsze i wszędzie jest ona i jej widzi mi się, ale niech nie myśli ten co myśli, że jak się domyśli to będzie dobrze – źle, tu choćbyś zrobił jak ona chce i tak będzie źle, no tak jest z księżniczkami. No trudno, ważne że to nie ja się z nią męczę, a nie męczyłem się wcale bo przecie drożdżówa była ok (dla mnie za dużo lukru), a Miłosław Bezalkoholowa IPA jest zawsze dobrym wyborem.

Herbowy sufit

Ok okazało się, że konsumpcja i obserwacja socjologiczno antropologiczna sprawiły, że czas dojszejdł był do 10-tej… w sumie nieco mi się spieszyło bo jednak parę kilosów jeszcze do zrobienia i chęć wrócenia już na chatę, ale kurde kiedy ja tu znowu będę. Więc wbijam gościu otwiera i mówi, że za chwilę będzie wpuszczał. Ok, wpuścił mnie i panią z córką. I stanąłem za nimi i wtedy babeczka na kasie mnie zauważyła i poprosiła by mnie panie przepuściły one chętnie chciały bo przyjeżdżając tu mnie na schodkach bejującego widziały… ale powiedziałem, że luz że poczekam. Kobieta z córką nastoletnią rzuciła coś odnośnie, że tyle czekałem itp. a babeczka od biletów z uśmiechem – ja wiem będzie ulgowy 🙂 Kurła niby nic, a od razu wraca człowiekowi wiara w ludzkość. Zwiedzanie – w sumie dla mnie najfajniejsze zbroje husarskie oraz sufit w jednym z pokojów z herbami, kurde ładne to. Wypad na dwój, odpięcie roweru i by iść na park… a tam pani, że do parku z rowerem niet… Nie, to nie – pojechałem se.

Pojechałem ulicą Poznańską potem odbiłem w lewo Wośniaka by za jeziorem w prawo w Mościenicką. I tu jazda w miłych okolicznościach przyrody, potem trafił się jakiś kolaż na kolarce, nawet mnie wyprzedził – ja toczyłem się powoli i uwaga trafiłem typa potem przed sobą… kilkaset metrów tylko przede mną jadący na lekko na cienkich oponkach… zbliżał się kolejny podjazd – więc starą metodą na zjeździe pozycja aerodynamiczna i nakurwiać na wypłaszczeniu na górnych przełożeniach by wjechać jak najwyżej na rozpędzie i na jak najlżejszym pedałowaniu… potem redukcja i mocne wdepywanie… mina wyprzedzanego na podjeździe wyżyłowanego, wysokiego, jadącego na lekko kolarza gdy wyprzedza go ktoś o masie dwóch i pół morświna bezcenna. By dzisiaj jednak mu wieczorem dygnął na wypłaszczeniu zhaltowałem i powoli się toczyłem by mnie wyprzedził, żeby w środeczku nie stracił poczucia bycia mega samcem alfa. A i sprzyjało temu, że zaczęły tu nakurwiać myśliwce F-16… oj przypomniały mi się dziecięce czasy, gdy chłopaki z Barczącej w Migach 29-tkach śmigali nad moją rodzinną miejscowością i odwalali akcje typu wywrót – czyli kabiną do ziemi na niedużej wysokości od słupów wysokiego napięcia, że ja czytający sobie na kocu w pobliżu tychże słupów doskonale widziałem pilota. I tak sobie jechałem wśród ryków myśliwców -mnjut dla uszu. W pewnym momencie Gógiel dał mi znać, że skręcaj bo droga w Głuszynie, że w prawo. No podjazd… uj pedałuję daję z siebie wszystko, podjeżdżam a tam kurła brama na teren lotniska wojskowego! Czy Ci w Góglu to mają pojęcie, że na takie obiekty się nie wjeżdża by skrócić sobie trasę? Czy tylko rowerzystów tak kierują by się im krzywda stała? Nie wiem, ale się nie dowiem. Dalej jazda i trafienie na fajny szpaler drzew dokoła drogi, który był zrobiony pomnikiem przyrody. Piękna sprawa, do tego wcześniej widziane sprzęty schodzące do lądowania. Przyjemnie. Cel trasy blisko czyli Poznań. Przejazd przez most zjazd z niego i szlak rowerowy szeroki niczym autostrada, do tego pełno zieleni, jak nie w mieście i nagle… rozpierducha na szklaku rowerowym zerwana nawierzchnia, dalej walce itd. Nie będę rydzykował zjazd na drugą stronę i popierdzielam po chodniku i skręt i jazda wzdłuż Królowej Jadwigi… i debilny brak w przejściu podziemnym tej opcji co po niej wózki można wtoczyć lub stoczyć… więc rower pod pachę i na bark i dół i góra… Tak czy inaczej z wózkiem tam musi być przejebane się przemieszczać. Wbijam od tej strony… to jest przystanek autobusów, to wbijam do centrum handlowego… kurła wiem, że kasy są na piętrze w windę tu nie wejdę z rowerem na luzie, po schodach nie chce ruchomych… szukam… całe centruym przelazłem jest dla wózków wypłaszczony taśmociąg na górę. Dotarcie do kas… zjabane ludźmi, że hej – połowa rozmawia po rosyjsku bądź ukraińsku. W kasie info, że na pociąg za chwilę nie ma biletów, na kolejny co jest możność przewozu rowerów tysz nie ma wolnych, za to na późniejszy… jest no to bierę. I tak oto dostałem bilet z rowerem na za 4 godziny bo po 17-tej… Zmęczony, jako tako ogarnąłem się w kiblu gdzie obok dało się przypiąć rower (w sumie tam zagłębie rowerowe było). Przebrany udałem się z rowerem do Maka… fatalne, ale zawsze coś do żarcia i za zestaw plus szejk zapłaciłem więcej niż za burgera jakiego jadłem na tej wyprawie… Klimatyzowany skład, przedział przy rowerowych miejscach, w sumie tych miejsc było aż 10 i miały nawet jakiś system przypinania na kod! Ale po prostu powiesiłem bo wystarczyło, że obróciłem głowę w lewo i widziałem co się tam dzieje. Minus, że dojazd do Warszawy Gdańskiej, w sumie panią w okienku poinformowałem, że Warszawa Gdańska to żadne hektary w stolicy tylko prosta opcja by dotrzeć do centrum – bo ze stacji wsiadasz w metro parę minut i jesteś w centrum, podziękowała bo ciągle o to się jej gardłowali Ukraińcy, że oni chcą do Warszawy a nie do Gdańska 🙂 Więc po dojeździe do stolicy sprawnie wbiłem do metra luknąłem za ile mam pociąg na chatę… nie kleiło mi się to bo ledwie kilka minut… ale akurat skład metra wjeżdżał więc szybko po schodach i wbiłem w ostatnie drzwi. W centrum dymanko do początku by wjechać ruchomymi schodami… ciężko się po nich szło z rowerem, potem szybko przez patelnię i myk na Śródmieście, rączo po schodach – kierownik składu wyglądał na takich jak ja, przytrzymał drzwi odjechaliśmy… I tak szybko na chatę, bo inaczej czekać bym musiał coś ponad 30 minut na kolejny. I pięknie, tylko stary skład bez klimy, a pomimo godziny było gorąco. Licznik pokazywał całe 27,8 stopnia w pociągu, a niektórzy ludzie nie pootwierali nawet okien… znaczy pootwierali w tych składach można tylko delikatnie uchylić. Dojazd na stację bazę, wyjście… matko jak tu przyjemnie chłodno… i uj, że i tak jest 20 kilka.

I tak zakończyłem ten trip przepełniony opadami wody, wodą w butach, co chwilę ze zmienianiem planu przejazdu by wstrzelić się w okienka pogodowe i by nie utknąć w czarnej dupie jak zabraknie czasu, a będzie burza itd. Może nie mniej więcej skreślona wcześniej mapa trasy, ale i tak dobra zabawa była. Teraz najbardziej czuję plecy (bolały przed wyjazdem), delikatnie pachwiny otarte (jedne spodenki prawie pozbyły się nitek łączących żelową wkładkę z gaciami) i trochę mięśnie ud i łydek.

Czyli z Wrocławia do Poznania to łącznie licznikowo 238,30 a stravowo: 238,67.

ps. zapomniałem dodać, że przez cały wyjazd trafiłem tylko na jednego komara! To jest coś kosmicznie dziwnego, gdzie w ubiegłych latach jednego dnia człowieka na rowerze dopadały całe stada!

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s