3:10 do Yumy (2007) – remake westernowy na poziomie

I stało się – maszyna zwana Holywoooodem zjadając własny ogon wzieła do swego pyska kolejny gatunek. Tym razem przyszła kolej na western, na warsztat poszedł klasyczny obraz Delmera Davesa z 1957 roku. I troszkę mi szkoda, że z pierwowzorem miałem do czynienia całe wieki temu, więc trudno mi dokładnie porównać oba filmy. Tak czy inaczej sam gatunek western umarł swą śmiercią naturalną wieki temu i tylko czasem ktoś go wskrzesza bo dawno w kinach nie było, albo żeby zrobić pewien demontaż jak np. w „Bez przebaczenia” z 1992 roku w reżyserii miszcza Clinta Eastwooda.

Fabuła jak i w oryginale związana jest z ranczerem Danem Evansem walczącym o utrzymanie swych włości podczas suszy. Jest tak zdesperowany, iż zgłasza się do transportowania przestępcy za jedyne 200 dolarów. Ma go tylko dostarczyć do pociągu jadącego do Yumy. Zadanie jednak nie będzie proste, gdyż Bena Wade’e chce odbić jego gang.

Jakże miło było obejrzeć sobie nowo powstały western i smaku nie popsuło nawet to, iż to tylko remake. Szkoda że nie spróbowano stworzyć nowej jakości w tym kowbojskim gatunku, chyba dalej wolą męczyć dramatycznie kiepskie romansidła, komedyjki pseudoromantyczne, sensacyjniaki bez fabuły i nieśmieszne komedie. Ich strata, bo okazuje się że to co zrobiono jest w pełni zjadliwe i ma szanse na podobanie się szerszej publiczności.

Bale i Crowe stworzyli ciekawy duet, tych dwóch typów sporo łączy. Z każdą spędzoną ze sobą minutą coraz bardziej zaczyna ich łączyć silna nić sympatii. Obydwaj to twardziele z defektami, Ben Wade stracił na wojnie nogę i teraz porusza się na sztucznej kończynie przez co gorzej mu się pracuje w tak wymagającym miejscu jak na ranczu. Dan Evans pomimo powierzchownej twardości to jednak wrażliwy typ. Trzyma bardzo mocno za gębę zbieraninę łajdaków i mend, która tworzy jego gang, lecz gdy tylko ma okazję zajmuje się rysowaniem – trzeba dodać że spod jego rąk wychodzą porządne szkice, czuć talent.

Miłym ukłonem w stronę klasycznych westernów było zatrudnienie jednego z weteranów kina – Petera Fondy, który nieźle wypadł w roli starego łowcy nagród. Z drugiej strony barykady mamy Bena Fostera, który dobrze odegrał rolę ześwirowanej prawej ręki Wade’a. Oczywiście Crowe i Bale zrobili co trzeba by uwiarygodnić swe postacie, a ci którzy posądzają tego drugiego o manieryzm w swych kreacjach aktorskich mogą się poczuć zawiedzeni. Czuć tu pewną klasę.

W sumie nie bardzo jest tu na co narzekać, bo całość zrobiono za sporą kasę i ustrzeżono się większości błędów. Ale jest wyjątek – chodzi o sposób chodzenia Dana Evansa, który ma sztuczną nogę… W paru momentach widać, że ma zdrową nogę szczególnie podczas scen biegu. Żaden jednonogi człowiek nie jest w stanie tak szybko się poruszać na kiepsko zrobionej protezie (w tamtych czasach nie mieli tak wypasionych sztucznych nóg jak dziś umożliwiających bieganie szybsze niż na zdrowych nogach).

Dawno widziałem pierwowzór więc trudno mi zrobić jakiekolwiek porównanie obydwu filmów. Po seansie tej świeżynki szkoda mi, że nie mogę sprawdzić pewnych scen i motywów, a także ścieżki dźwiękowej. Wtedy byłoby wiadomo czy zrobiono to z oddaniem hołdu pierwowzorowi, czy złapano pewne „kanoniczne” ujęcia i oddano je na nowo, czy poza treścią nie ma tu wiele wspólnych elementów. Tego nie wiem.

Fani westernów i tak na ten film pójdą do kina (pisane w roku premiery) z czystej i nieskrępowanej ciekawości, a ja mogę ich tylko w tej ciekawości dopingować, bo naprawdę warto. Film spełnił swoje zadanie i trzyma się klasycznych formuł westernowych.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s