Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu (2022) – popłuczyny po Czarnej Panterze

Dwa razy nie wchodzi się do tej samej wody… chyba, że to najgorszy film z uniwersum Marvela… wtedy trzeba wejść tam jeszcze raz, a film pokazuje, że nawet jeszcze nie jeden raz. Kiepski i słabe? Trudno, ważne żeby kasa się zgadzała. I akurat jak to ja miałem do wyboru to, albo nic… więc obejrzałem drugą część Czarnej Pantery.

Oglądamy moment jak to nie udaje się siostrze Shuri uratować brata Czarnej Pantery przez stworzenie sztucznego kwiatu serca. Oglądamy pogrzeb, a potem jak to cały świat pragnie wykraść vibranium z Wakandy, ale najemnicy wynajęci przez francuską głowę państwa zostają złapani. I pokazana zostaje ta sytuacja na zlocie głów państwa w Genewie. Dalej oglądamy jak to dzięki urządzeniu wykrywającemu vibranium zostają odpalone poszukiwania gdzieś na dnie morza… gdzie okazuje się, że jest ten kosmiczny metal… ale chronią go jacyś dziwni, podwodni, niebiescy ludzie…Zaczyna się poszukiwanie co tam się stało, w tym czasie córka królowej Shuri zostaje porwana z mostu wraz z dziewczyną, która wynalazła wyszukiwacz vibranium…

Najpierw łot de fak! Co to za mieszanka Marvela z Avatarem? Jakieś niebieskie ludki w dziwnych strojach kojarzących się z ludami pierwotnymi z okolic podzwrotnikowych i podrównikowych. Do tego więcej Wakandy i pokazywania jakimi to dojebanymi w kosmos pod względem finansowym i naukowym są, ale jak bardzo nadal są rasistowscy nie dopuszczając do swojego kraju, ani czarnych współbraci z Afryki, ani białych z Europy. Okazuje się, że to potomkowie bodajże Majów dzięki kontaktowi z dziwną rośliną przeszli przemianę do życia pod wodą i mają tam swoje królestwo i korzystają z vibranium jak ich vibraniowi bracia z czarnego lądu w Wakandzie.

Początkowo fabuła jedzie na sytuacji, że Czarna Pantera umarła, ale wiemy ku czemu wiedzie – że pojawi się nowa wersja tego super bohatera. To jest tak oczywiste jak to, że polityk przekupi cię Twoimi własnymi pieniędzmi. I czekamy na ten moment męcząc się przez kilkadziesiąt pierwszych minut wspominkowych o poprzedniej postaci… Było to tak męczące, że oczy mi się same zamykały. Dopiero potem akcja rusza z kopyta i dochodzi do mocnych zwrotów akcji jak pojawienie się nowego ludu posiadającego vibranium i że żyją pod wodą i mają korzenie w cywilizacjach prekolumbijskich. Brzmi dobrze! A jak wykonanie? Jak w Czarnej Panterze czyli kibel, kibel i brudna woda po spłukaniu tegoż.

Niby mamy kolejnego super bohatera wodza tajemniczego plemienia z dna morza i oceanu… ale pomimo posiadania dojebanych mocy to sceny walk z nim są jakieś takie miałkie. Do tego konflikt pomiędzy Wakandą a „awatarami” to takie sztuczne chuje muje dzikie węże. Nuda straszliwa i tandetne wykonanie. Niby mamy mega ujęcia, nowe miejsce podwodne i akcja co chwila i walki i pojedynki na morzu, ale znów wszystko jest jakieś takie gówniane i słabe. W sumie stopień jakości najgorszego filmu Marvela czyli „Czarnej Pantery” można znów przyznać. A nawet można rzec, że nudą, przeciąganiem i brakiem prawdziwego pomysłu na ten film przebijają. Fabuła klejona śliną i bobrzą wydzieliną spod ogona, aktorskie fajerwerki niczym pijak spod całodobowego udający zabawnego… Żenuła.

W sumie to nawet nie chce mi się mocno nad tym filmem znęcać bo jest tak nijaki i fabularnie i aktorsko i efekciarsko… Wszystko mdłe i kuptaśne, więc nie polecam. Nawet rzeknę, że omijajcie bo to taka produkcja kiepska jakby reżyserował ją Patryk Vega.

Jedna uwaga do wpisu “Czarna Pantera: Wakanda w moim sercu (2022) – popłuczyny po Czarnej Panterze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s