Boogie (2009) – argentyński Puni?

indeks

Ekranizacja komiksu na 26.WMFF? Już samo to zachęciło mnie do zakupu biletu na seans. Wszakże zawsze interesowałem się komiksem, a tym bardziej jego przejściem na duży ekran. Jednak wśród zalewającej nas od wielu lat tandety (zekranizowanych komiksów) bardzo rzadko trafia się coś wybitnego i godnego uwagi. Rynek amerykański jest petryfikowany przez opowiastki o superbohaterach, których szczerze powiedziawszy zbyt długo nie da się oglądać. Ileż to można patrzeć na to samo, ubranego we wdzianko, płaszczyk i rajtuzy różniące się kolorem? Z popularnych serii superhero, które zaatakowały nasz polski rynek po roku 90-tym jeno „Punisher” zaskarbił sobie u mnie pozytywne podejście. Cała reszta pająków, supermenów, i innych takich mnie znużyła i to już w wieku pacholęcym. I właśnie bohater argentyńskiego komiksu Boogie bardzo przypomina mi Puniego.

Boogie to weteran wojny w Wietnamie i każdej kolejnej, jaka miała miejsce na Matce Ziemi. On nie przepuszcza takich okazji, zawsze weźmie udział w aktualnym teatrze wojennym i wystawi swoje przedstawienie – rzeź. Boogie jest rasistą, seksistą, brutalem, najgroźniejszym płatnym zabójcą w mieście. Szef lokalnej mafii chce się pozbyć świadka, który ma zeznawać przeciwko niemu w sądzie. Jednak wynajmuje innego zabójcę – młodego, wysportowanego psychopatę. Boogie musi udowodnić, kto zasługuje na numero uno w mieście.

Film ten przepełnia duch minionych lat, gdyż w wielu scenach odkryjemy tribute to filmom akcji lat 70-tych, 80-tych z takimi gwiazdami jak Eastwood, Stallone, Schwarceneger. Każdy kinoman odnajdzie tu sporo odniesień do wielu hitów sprzed lat. I owa mieszanka tych starych dobrych kawałków z nowoczesnym brutalnym komiksem, jak widać zrobiła furorę w Argentynie i Ameryce Łacińskiej. Teraz dane mi było zobaczenie tego ciekawego zjawiska z kart komiksu przełożonego na język kina. Trzeba przyznać, że to co widziałem na wielkim ekranie prezentuje się bardzo dobrze.

„Boogie” przesycony jest brutalnością, która nie ma żadnych granic – tutaj giną także kobiety, dzieci czy starcy. Prezentuje się tu nie tylko rozwałkę dziejącą się na wojnie, ani tylko pojedynków zabijaków i walk gangów. Oglądamy także brutalność skierowaną przeciwko każdemu, kto stanie na drodze Boogiego. On nie znosi sprzeciwu, ani innego zdania niż własne – a rządni nim jedynie najpopularniejszy w dzisiejszych czasach i pod każdą szerokością geograficzną bóg – mamona. Tylko kasa przemawia do tego mordercy, który z niejednego pieca zwłoki wyjmowałby je zbezcześcić.

W całej swej brutalności nie zapomniano o dużej dozie czarnego, najczarniejszego humoru. Często nawet sposoby zabijania, jakie widzimy na ekranie przyprawiają o ataki śmiechu. Sam Boogie podobny jest właściwie do gwiazd kina akcji, swymi działaniami. Bardzo dużo pada tu „one-linerów”, którymi to przypomina Brudnego Harry’ego czy Franka Castle’a. W tych krótkich, i jakże treściwych tekstach potrafi oddać głębię sytuacji, skwitować humorystycznie. Straszny z niego cynik, jednak za to go lubimy. Teksty, które tu padają można by rozdzielić przynajmniej na kilkanaście współczesnych filmów akcji, czy kilkaset naszych rodzimych produkcji z tego gatunku. Widać, że twórca komiksu miał do tego niesamowitą smykałkę. Pełnokrwisty bohater o złożonej psychice, tak złożonej, że budowa cepa bojowego to przy nim arcydzieło złożoności. I ów Boogie obdarzony jest wielce ciętym językiem potrafiącym sprowadzić do parteru nawet fanów najstarszej riposty „chyba ty”.

Wizualnie także wygląda to bardzo dobrze. Połączono tradycyjne metody tworzenia animacji – odręcznego rysowania ze stworzonymi w 3D obrazami. Świetnie wkomponowano tu i ówdzie przedmioty, których fakturę prawie da się wyczuć, od razu widać, gdzie jest skóra, gdzie mur, a gdzie drewno. Postacie oddano z pieczołowitością, aby były identyczne z oryginałami z kart komiksów. Całość sprawia bardzo pozytywne wrażenie i pokazuje, że komputer może świetnie służyć twórcą animacji, o ile ci chcą i mają do przekazania coś więcej niż tylko ładne obrazki.

Pod płaszczykiem brutalności ten film ukrywa satyrę, wyśmiewa mit macho, wszelkie formy nietolerancji, amerykańskie najazdy zbrojne wszędzie tam gdzie poczują forsę, jak i kina akcji tworzonego tylko dala samej akcji. Oraz mocno czerpie z papierowego oryginału, gdzie nacisk kładziony był także na wyśmianie rządzącej wtedy w Argentynie dyktatury.

Ciekawa, przepełniona czarnym humorem animacja, na którą warto pójść do kina i zatopić się w tym pozbawionym wszelakich hamulców świecie. Tylko czy poza festiwalową publicznością będzie miał ktoś w naszym kraju szansę na kontakt z tym filmem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s