2012 (2009) – katastrofa jak się paczy

indeks

Przeleżał swoje ów katastroficzny film, medialny smrodek już zniknął, toteż wreszcie mogłem na spokojnie zanurzyć swe wredne zębiszcza. Roland Emmerich już mnie przyzwyczaił do swych ciągot w kierunku zniszczenia całego świata, a przynajmniej tego amerykańskiego. Każdy kojarzy takie padaki jak „10.000 B.C.”, nieco lepsze ale nadal kiepskie „Pojutrze” czy hańba na ciele Godzilli z 1998. Oraz „Dzień Niepodległości” i „Patryjotę”, które jednak dużo lepiej się oglądało niż wcześniej wymienione. Także z takowym bagażem doświadczeń usiadłem przed ekranem komputera z prawie zerowymi oczekiwaniami. I bardzo dobrze, i bardzo dobrze…

Naukowcy stwierdzają, iż gwałtowne burze słoneczne mogą mieć katastrofalne skutki dla Matki Ziemi. Rok później na szczycie G8 padają propozycje uratowania ludzi, oczywiście tych „równiejszych”. Na terenie Tybetu rozpoczyna się budowa ogromnych łodzi – arek. Jackson Curtis podczas rodzinnej wycieczki do parku Yellowstone wpada na trop skrywanej tajemnicy o końcu znanego świata. Stara się zadbać o bezpieczeństwo swej rodziny.

O kurde! O kurde! Ja nie mogę! Co za fenomenalna… wpadka. Takie debilizmu spodziewałbym się raczej po kimś pokroju boskiego Uwe, a nie osobnikowi, który swymi badziewnymi filmami zarabia grube miliony. Zrobił coś tak pokracznego, że nawet jeśli byłbym przeciwko aborcji, to ten film bym wyskrobał. Zupełnie nie kumam, po kiego grzyba jeszcze wmieszano w to biednych Majów, chłopaki wyginęli i nie mają głosu, to się próbuje z nimi skojarzyć to coś. Jedyne nawiązanie, jakie potrafię wytropić to rok 2012. Ale jaki głębszy sens ma to nawiązanie, czy skąd ta wymarła cywilizacja sobie to wytrzasnęła to już się nie wspomina nawet zdawkowym słowem.

Oczywiście mamy tu do czynienia jedną z typowych zasad działających w kinie hollywoooodzkim – jak tylko włączy się telewizor w wiadomościach podają istotne informacje dla akcji. Wyobraźcie sobie wracacie do domu spóźnieni, w progu czeka wkurzona żona z wałkiem/pałką/innym ciężkim przedmiotem w ręku. Uważa, że się spóźniłeś, bo masz romans/chodzisz na dziwki/jesteś uzależniony/unikasz jej/obijasz się, a tak naprawdę w drodze uczestniczyłeś w niezłym karambolu i udzieliłeś nawet pierwszej pomocy potrzebującym. Wiesz, że ci nie uwierzy, jednak masz tego asa w rękawie – szybciutko wpadasz do mieszkania robisz unik przed ciosem włączasz TV, a tam akurat leci reportaż z miejsca zdarzenia. Pokazują bohaterskiego ciebie, gdy pomagasz rannym. I uchodzi ci na sucho, a może nawet przydarzy się tego dnia udany seks?

Główni bohaterowie zachowują się jak gracze w fpp, którzy mają wpisane kody na nieśmiertelność – nic ich nie obchodzi, że działają zupełnie niezgodnie z zasadami, szaleją ile wlezie, gdyż mają pewność, że nic się im nie stanie. Wygląda na to, że poruszają się w jakimś bąblu czasoprzestrzennym, gdy tylko zło czające się wszędzie wynurzy swą straszną mordę, głównym bohaterom zostaje podarowany dodatkowy czas. Co z tego, że wszystko się wali i pali, jak wiadomo, że gdy trzeba będzie pojawi się ta dodatkowa chwila.

Przelot samolotem pośród rozpierduchy, pożogi, totalnej katastrofy, masowej zagłady, o jakiej Hitler i Stalin mogli sobie tylko pomarzyć to maksymalnie rozciągnięta niewiarygodność, jaką dało się wcisnąć w jakikolwiek debilny film katastroficzny. A już, gdy jadą samochodem czy to jest zupełnie nienadająca się do pościgów limuzyną, czy jeszcze wolniejszym wozem kempingowym to mamy okazję obejrzeć wirtuozerię poruszania się autami namaszczonymi przez dziesiątki aniołów, czuwających by nic złego nie stało się pasażerom. Ani Kubica, ani Schumacher nie dali by rady lepiej poprowadzić samochodu, a gdyby ścigali się z głównym bohaterem nie udałoby im się wyprzedzić go nawet pojazdem formuły pierwszej podrasowanym w nitro. Bo jakby na to nie patrzeć nie mają wpisanego kodu na nieśmiertelność.

Masakrycznie wygląda ten film także od strony aktorskiej. Tutaj wszyscy leżą i kwiczą. Lepiej już wygląda strona wizualna, wszakże to film katastroficzny. Dobrze to wygląda, o ile ktoś woli efekty niż fabułę, w innym wypadku nic nie uratuje tego gniota. Jak się lepiej przyjrzeć to widać, że znowu to tylko komputerowe imaginacje, a nie realne efekty, ale cóż taki wymóg czasów. Więc… troszkę brakuje by choćby uznać go za przeciętność, tudzież do tego aspirującego. O nie! Tu idą pełną falą w niższe rejony.

Reasumując jest to najprawdziwszy z prawdziwych prezentów dla wroga. Gdybym miał jakiekolwiek pozytywne oczekiwania przed seansem, albo wyłączyłbym po około 8 minutach, albo obejrzał przeskakując, co gorsze fragmenty (czyli luknięcie tylko na napisy początkowe i końcowe). Jeśli ktoś dał się nabrać i wybrał do kina, to jego strata. Lepiej było sobie spokojnie poczekać i obejrzeć w domowych warunkach na kompie, tudzież w telewizorni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s