Dżentelmeni (2019) – brytolskie klimaty

dżentelmeni

Nowy film Guya Ritchiego od razu budziło dreszczyk emocji lata świetlne temu. Jego filmy to był wyznacznik jakości. Specyficzny klimat angielski w takich filmach jak „Porachunki” czy „Przekręt” robił robotę. Nie trzeba było być jakimś filmoznawcą by docenić jego dzieła, wręcz te dwa filmy lubi chyba każdy. Później zrobił dwie części przygód najbardziej znanego detektywa angielskiego czyli  „Sherlock Holmes” i „Sherlock Holmes: Gra cieni”. Później nic godnego uwagi nie było, a teraz wyszły „Alladyn”, na którego spuszczę zasłonę milczenia i właśnie tytułowi „Dżentelmeni”. Wybór był prosty, skoro premiera to się do niej sarna23 zabiera. Tak zwiastun jak i dość konkretna obsada robiły smaka.

Fabuła. Otóż prywatny detektyw Fletcher postanawia podbić do prawej ręki mafiozy imć Raya by wyciągnąć kasę za niewyjawienie mediom prawdy odnośnie biznesów jego szefa Mickeya Pearsona. Aktualnie ów mafijny lew chce sprzedać swoją sieć marihuanowych wytwórni innemu mafiozie, który chce zbić cenę z 400 milionów do kwoty sporo niższej. A całość filmu wygląda tak, że Fletcher opowiada co wykrył, a my oglądamy jak było, a fabuła coraz bardziej się zagęszcza.

Obsada po prostu gwiazdorska zbierająca starych i jarych Matthew McConaughey’a, Colina Farrella i dawno przeze mnie nie widzianego niegdysiejszego amanta Hugh Granta oraz dołożyli do tego świeższą gwiazdę czyli Charliego Hunnama. Guy Ritchie zawsze miał rękę do obsady (aż do czasów „Alladyna”), dzięki której film zanim ruszył w czas kręcenia już miał pewien stopień jakości. I tutaj w sumie tak jest. A i miło zobaczyć, że Hugh Grant dalej działa i zostaje w grze dodatkowo dostając taką rolę, nie typowego amanta jak to zwykle bywało. W sumie aktorsko nie ma się tu do czego przyczepić, bo każdy zagrał na miarę swojej gaży. Zrobili swoje, a i nikt nie rzucił mi się w oczy ze swym partactwem. A główna postać można rzec to przestępcze alter ego reżysera, gdyż sporo wydarzeń z jego życia jest podobne (nie ukończył studiów, wręcz rzucił je by rozwijać karierę, dzięki sobie samemu znajduje się w tym miejscu, ciężka praca pobrudziła im ręce, a i dojrzały wiek, który dla otoczenia jest wyznacznikiem odprowadzania na boczny tor jak i ugładzenia temperamentu).

Ale najważniejszy u Ritchiego zawsze był ten angielski klimat, te stroje, akcenty i zachowania. Oczywiście mamy to, jednak jak dla mnie za mało tego jednak było. Mamy tu kolesia, który już na studiach zaczął dorabiać się na dilerce, potem musiał wziąć maczetę w własne dłonie by w tej miejskiej dżungli zrobić sobie miejsce. I tak stworzył ogromne imperium handlujące marihuanenem. Stwierdza mam dość i chce wraz z piękną żoną przejść na zasłużoną dilerską emeryturę, by korzystać z tego co do tej pory zarobił. Ale jak to w klimatach szemranych interesów, nie tak łatwo wyjść z tego świata. Nabywcy są chętni na odkupienie biznesu, ale… często kombinują jak by zejść z ceny, bo skoro typ się wycofuje coś musi być na rzeczy, nikt o zdrowych zmysłach przecież nie oddaje imperium narkotykowego bez walki, a tylko za kasę. I dzięki takiemu postawieniu sprawy mamy w filmie ogromne możliwości różnej jakości konfrontacji, mordobijek, a także słownych pojedynków. Wiadomo brytolski klimat w tym filmie być musi, inaczej to nie byłby film Guya. Mamy stare wyleniały lwy walczące z młodymi wilczkami, a każdy czyn ma swe konsekwencje w konsekwencji czego widzimy jak kolejne kostki domina padają trupem. Pomimo, że główną postacią w gruncie rzeczy jest Mickey Pearson to sporo mamy do czynienia z „narratorem” Fletcherem. On narzuca swą opowieścią tempo tutejszej gry, odsłaniając kolejne karty z życia mafijnego.

Nielinearna akcja, sieczka montażowa (tak dla niego charakterystyczna), twarde postacie, błyskotliwe dialogi, specyficzny humor, ogromna ilość przemocy często wręcz bezsensownej – mamy to w tym filmie. Czyli jest to czego każdy spodziewa się po filmach Guya. Jednak mamy tu sporo ciosów wymierzonych w beznadziejną brytyjską klasę średnią, zadufaną w sobie arystokrację żyjąca w myśl znanej nam zasady „zastaw się, a postaw się”, całego tego burdelu wokół brexitu, szmatławcom wydającym gówniane pisemka i nie liczących się z nikim i niczym, przybyłym za chlebem i kasą obcokrajowcom, oczywiście także klimaty mniejszości etnicznych które często same sobie wykuły swój los oraz poruszona została dość mocno tematyka gejów. A wszystko to na szczęście pozbawione politycznej poprawności. Co jest ogromnym plusem, bo już zarzygać się można od tego jak mocno wpełza do świata kina.

Reasumując niby fajno, jest to czego się można było spodziewać, jednak nie jest to aż tak błyskotliwe jak jego dzieła z końca lat 90-tych i roku 2000-nego. Jest dobrze, ale moim zdaniem powinno być lepiej, choć po kupie jaką był „Aladyn” to i tak ogromny skok jakościowy i ruch w dobrym kierunku dla nas widzów spragnionych wybebeszania brytolskiego klimatu w czarno humorystycznej kolorystyce.

Jedna uwaga do wpisu “Dżentelmeni (2019) – brytolskie klimaty

  1. I am really impressed along with your writing talents as well as with the format on your blog.

    Is this a paid topic or did you modify it your self? Anyway keep
    up the nice high quality writing, it’s rare to look a nice weblog like this one today..

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s