Jak się pozbyć cellulitu (2011) – mózgowy cellulit

indeks

Zauważalna jest tendencja wśród naszych rodzimych komedii by podążać tropami wytyczonymi za wielką wodą. Produkuje się coraz więcej plwocin zwanych komediami romantycznymi (trzeba od razu dodać, że z romantyzmem ma to tyle samo wspólnego co przegub z gubieniem), oraz takich komedii pośrednich, które w zamyśle mają bawić całe rodziny. Wszakże nie chodzi tu zupełnie o to by bawiąc uczyć, a ucząc bawić czy o jakiekolwiek przesłanie przesłać do widza, tutaj chodzi o kasę. W US and A duża kasę zapewniają duże nazwiska, także i w rodzimych produkcjach zawsze zatrudnia się parę znanych i modnych i wielce trendi nazwisk mających z samego swego jestestwa ściągnąć miliony much, płacących za bilety much do kin. Bardzo jeszcze dobrze by było, aby w tym filmie były wątki sensacyjne, jakieś momenty akcji, jakiś przystojniak dla pań, trochę cycków, dupeczek dla panów. I każda kolejna produkcja Made in Polandia robiona wedle tego przepisu to coś, w co nie da się na słowo uwierzyć – to trzeba zobaczyć.

Fabuła… Fabuła? A tak coś, co nosi owe miano. Otóż dwie przyjaciółki Ewa i Maja by odpocząć od trudów dnia codziennego ruszają do ekskluzywnego SPA, gdzie poznają atrakcyjną masażystkę Kornelię. Owa ślicznotka wciąga je w wir zakombinowanych akcji, gdy uwalniają ową masażystkę z kajdanów.

Pomimo mej ogromnej tolerancji dla filmów niskiego lotu, wrodzonego i utwardzonego sentymentu do rodzimych produkcji, niesamowitej lubości do komedii – tego pokracznego wypuszczonego ze stajni Augiasza parującego gówna znieść nie mogłem. Nawet nie wiem, od czego zacząć… po prostu z której strony bym tego nie ruszył to będę czuł zapach żywego klocka dopiero co wydostającego się na świeże powietrze z świńskiej odbytnicy. Dość epitetów, a czas zmierzyć się z tym czymś. Może najpierw fabuła. Zabrano się za mocno zakręconą tematykę, gdzie co chwila zmienia się perspektywa patrzenia na wydarzenia. I gdyby nawet tylko trzymano się głównego wątku – czyli „przygód” dwóch debilnych koleżanek to może nie byłoby to tak żenujące. Jednak wprowadzenie trzeciej pani, o bliżej nieokreślonej chorobie psychicznej, czy też tendencji do mieszania spowodowało eksplozję smaku… smaku o smaku jeszcze większego klocka. Rozdzielenie na sześć części miało usystematyzować zagadnienia fabularne, a spowodowało jedynie niepotrzebne zwolnienie i tak powolnej akcji. Niby coś się tutaj dzieje, każda z odsłon poświęcona jest jednej z postaci, lecz jest to zrobione żenująco słabo.

Nie wiem, co się stało Andrzejowi Saramonowiczowi, ale po filmie „Ciało” facet się stacza. Znaczy może nie do końca, bo „Testosteron” miał lepsze momenty i całkiem znośnie się go oglądało, „Lejdis” już bardzo mocno kulało, za to „Idealny facet dla mojej dziewczyny” to była porażka – ale nawet najlepszym trafia się, choć jeden gorszy obraz. Za to ten film to katastrofa na miarę zatopienia Titanika, tylko tutaj nie ma drzwi na których ktoś przeżyje. Nie wiem, jak mocno Saramonowicz potrzebował na szybko pieniędzy, czy może założył się, że zrobi kupę nad kupami – ale wyprodukował coś niesłychanie żenującego, nieprzystającego profesjonalnemu reżyserowi i scenarzyście. Ja na jego miejscu bywając na seansach tego czegoś zakładałbym pokutną torbę papierową na głowę ze wstydu z wymalowanym karnym kutasem. Potężna dawka idiotyzmów eksplodowała przy scenie finałowej – która była koszmarnie zagrana, koszmarnie zrobiona, koszmarnie żenująca. Namieszano owymi wątkami tworząc niby tło dla końcówki, a tak naprawdę robiąc jeszcze więcej złego całemu temu badziewiu.

Powróćmy do czepiania się tegoż badziewia. Teraz czas na obsadę. Zgodnie z przepisem, o którym wspomniałem na początku – wrzucono parę znajomych twarzy Tomasz Kot, Wojciech Mecwaldowski, Cezary Kosiński i Rafał Rutkowski. Do tego atrakcyjne (w zamierzeniach) aktorski odtwarzające trio głównych bohaterek Magdalena Boczarska, Dominika Kluźniak i Maja Hirsch. Teoretycznie pomysł dobry – wymieszać nieco doświadczenia z kimś świeższym. Lecz to, co cała owa ekipa wyczynia… normalnie dostosowują się do poziomu filmu. Może przez większość czasu trzyma pewien poziom Rutkowski, Kosiński czy Kot (no rejczel). Jednak dalej jest to za mało by uratować tego pokurcza filmowego. Ogólnie od strony technicznej także „Jak się pozbyć cellulitu” to nic godnego uwagi. Może nie ma, co się czepiać zdjęć i tego typu technicznych spraw. Jednak całość wygląda jak z kiepskiej produkcji telewizyjnej. Jakby było kręcone na terenie jednego budynku. Aż tak duże cięcia budżetowe musiałby być, by zatrudnić znane aktorsko twarze?

Zdecydowanie odradzam, nawet najgorszemu wrogowi. Całość była tak żenująca, że kilka razy aż złapałem się za głowę patrząc, co za debilizmy wyprawiają aktorzy zgodnie ze scenariuszem. Wręcz nie dowierzałem, że tak gówniana produkcja wyszła spod tych samych rąk, co „Ciało”. Nie pomogły nawet tak modne w naszych rodzimych produkcjach wulgaryzmy. Wszakże każdy wie, że jeśli nie ma się talentu komediowego – to trzeba wrzucić trochę „rzucania mięchem”, które stworzy „kultowość” produkcji tego samego dnia, co premiera kinowa. A i owe „wiązanki wedlowskie”, które mają powodować eksplozje śmiechu – u mnie powiększały zażenowanie. I jeszcze najważniejsze… ani razu – słownie null, zero, nic – nie zaśmiałem się, ani jeden kącik mych ust nie poruszył się w stronę zwaną uśmiechem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s