Morbius (2022) – wampirzy superbohater podług świętego Marvela

Jako, że Marvel zaorał własne dupsko Endgamem w „Avengers: Koniec gry” to teraz wrzuca… nawet nie odświeża, bo ta postać raczej z nowszych jest bo na kartach komiksowych zadebiutował w „Amazing Spider-man #101”. Wampir w uniwersum pełnym super superbohaterów? Ano można, bo ktoś miał taki mokry sen, zapewne był to fan starych specyficznych filmów o wampirach z kultowym aktorem Belą Lugosim – człowiekiem o prawdziwie wampirzej aparycji w tym starym stylu. Ale dziś krwiożłopy pojawiły się już w takiej ilości filmów i seriali, że na pewno znajdziemy jakiegoś jednonogiego, czy karła… znaczy polityczna poprawność mówi osoby niskorosłej, pewnie nawet odnajdzie się wampir gej nekrofil. Ale wróćmy do tego filmu. Otóż trailer widziałem wielokrotnie przez ostatnie kilka miesięcy i widać, że wywalono sporo kasy, coby trzymał poziom efektów specjalnych made in GeForse Pierdylajrtbajtównasekundę. Ale mój sarni instynkt zwiadowczy po zwiastunie mówił – kicha. Czy ten film to kicha? O tym poniżej.

Fabuła… Jest sobie małe chore dziecko, mieszka gdzieś w Grecji w miejscu dla chorych dzieci. Przyjeżdża kolejne chore dziecko, którym ma się zaopiekować bo o to prosi go el doktorrro Emil Nikols. I tak oto poznaje się Michael z Milo, a pogłębia ich znajomość moment, gdy maszyna od czegoś z krwią (bo nie do końca o tym wspomnieli co to robiło i dlaczego musieli przetaczać przez ten sprzęt kilka razy dziennie krew) się psuje, a Michael naprawia ją przy pomocy sprężyny z długopisu. Ta genialność sprawia, że doktorem załatwia mu na jakiejś wypasionej uczelni możność uczenia się i stypedium. I tak oto dochodzimy do współczesności, gdzie już jako Dr Michael Morbius wyrusza, gdzieś w dżunglowe tereny Ameryki zapewne Południowej po nietoperze wampiry i przeprowadza przy ich pomocy eksperymenty na myszach. W pewnym momencie okazuje się, że nastąpił przełom. By móc na lajcie przeprowadzić badania wraz ze swą pomocnicą i łukochaną (pisownia zamierzona) wyrusza na pewnym statku załatwionym przez kumpla z dzieciństwa Milo na wody międzynarodowe, gdzie nie obejmują go przepisy krajowe. Wstrzykuje sobie dawkę preparatu i zaczyna się przemiana. Staje się wampirem i rozpierdziela w drobnym mak wynajętych do własnej ochrony najemników. Następnie nadaje sygnał „mayday” i spierdziela z pokładu jak na latającego szczura przystało, pozostawiając nieprzytomną Martine Bancroft.

Dobra wystarczy opisywania fabularnego wstępu do tego nędznego występu. Ten film to kibel. Czuć, że ta postać to jakieś popłuczyny i powinna zostać jako epizodysta na łamach komiksów typu Spiderman. Ale Marvelowi potrzeba teraz kolejnych kur znoszących złote jaja, a w sumie jakichkolwiek filmów by nadal utrzymać się na fali zainteresowania widzów. Przecież bez finansowej walki nie oddadzą dużego ekranu konkurencji z DC, ale jeśli będą używać jako broni takich popłuczyn… to nawet najsłabsze ogniwa z dotychczas wypuszczane przez konkurencję będą królować. Ale w sumie do rzeczy – główna postać jest tak papierowa jak papier toaletowy słabej jakości z biedry… nie ma tu żadnych ciekawych i sensownych motywacji poza chęcią podtarcia tyłka. Tutaj owym czyszczeniem odbytu jest chęć pozbycia się jakiejś choroby krwi… przez co wpada w jeszcze większą „chorobę” krwi czyli wampiryzm. Staje się po prostu krwiożłopem z ostrymi zębami i na chętkę wciągnięcia kilku litrów krwi nawet z zięcia. Jared Leto u konkurencji był Jokerem i był tam ciekawszą postacią i jakoś lepiej odgrywaną, a tu? Ech… gra na dwóch minach bez mejkapu i efektów, bo jak jest wampirem to jedzie na jednej wyszczerzonej 🙂 Niby ma swoją ukochaną, ale w filmie kompletnie nie daje się tego odczuć, że ona coś dla niego znaczy… nawet nie ma tu jakiś banalnych ale jakże zajebistych seksów… czy czegokolwiek tego typu. Ona tu jest i nawet nie tańczy dla niego, bo on woli bawić się zabawkami ze swoim kolegą. No nic specjalnego. W historii kina było wielu ciekawych wampirów, kuźwa nawet krwiopijcy i krwiożłopy z serialu w późniejszych sezonach (modne słowo) przyprawiających o cukrzycę hemoroidów „Czysta krew”, gdzie poza nimi są wilkołaki i fajne suki… znaczy jest Sookie, ale ona tylko wkurwia swoją naiwnością i głupotą.

Efekty… w wielu miejscach są one na ok poziomie, ale jak wampir zaczyna latać… to aż znacząco wzniosłem wzrok w stronę sufitu z westchnięciem, które zapewne było słyszane kilka rzędów dalej i to pomimo, że sala napchana była gówniakami i gimbazami bez gimbazy, którzy oczywiście muszą przez cały seans coś żreć i pierdzielić werbalnie. Te momenty fruwania wyglądały tak słabo jakby je zrobiono z 20 lat temu za ostatni grosz. Po prostu żenada. Dołóżmy do tego fabułę wyglądającą jak na siłę tworzona by skleić skąd on jest wampirem i wkleić w scenach podczas napisów i po napisach rzeczy, które zwiastować będą część kolejną, a ni cholerry to na wznowienie nie zasługuje.

Próbuję się doszukać jakiś pozytywów i chyba poza sympatyczną aparycją i sympatycznym tyłeczkiem Adrii Arjony a właściwie nazywa się ona Adria Arjona Torres to nie bardzo mogę się tu czegoś doszukać. Bo i w efektach były efektowne szity, tak jak i podczas walk były momenty że nie wiadomo było co się na ekranie dzieje. Do tego ów Morbius czyli wampirzy superbohater pokazuje, że w sumie na uj ci Superman, skoro i tak można mieć dużo super mocy.

Miał być super hit jest super szit… może nie super, po prostu kiepścizna, ale że uwolniono ludziom życie i można bez zamaskowania i z żarciem do kina iść – to swoje zarobi. Tak czy inaczej za kasę na seans tego filmu kup lepiej piwo Browaru Zakładowego „Putin Chuj” i pijąc wesprzyj pomoc dla Ukrainy.

Jedna uwaga do wpisu “Morbius (2022) – wampirzy superbohater podług świętego Marvela

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s